Skip to main content

Enchanters: Overlords – Władcy podziemi wkracają do świata Zaklinaczy

Zaklinacze to gra karciana, która została wydana przez wydawnictwo Gindi. Pisałem o niej, jak i o dodatku Śmierć w szlamie. Prosta karcianka, która spełnia swoje zadanie. Okazuje się, że jako Enchanters ten tytuł stał się całkiem popularny na Kickstarterze. Niedawno miała miejsce zbiórka na tej platformie na pakiet Odyssey – gdzie ta pozycja wraca również w polskiej wersji. Natomiast ja przyglądam się Enchanters: Overlords.

Nowe zagrożenie

Omawiana pozycja to efekt poprzedniej zbiórki na Kickstarterze, wielkie pudło napełnione podstawową grą, wspomnianym dodatkiem Śmierć w szlamie oraz tytułowymi władcami. Okładka natomiast prezentuje kilku z nich – szata graficzna prezentuje się analogicznie do wcześniej prezentowanej gry, więc jest cukierkowata, kojarzy się nieco z Hearthstonem. Wersja z fundowania zbiorowego jest wydana, rzecz jasna, na wypasie. Te opakowanie nie tylko ma pełno kart, ale również planszetki, maty i różne pomoce, które ułatwią rozgrywkę. Początkowo nieco się bałem o to wszystko, karty wyglądają na zbyt cienkie, zaś maty na niedbale wykonanie – ale to było pierwsze, mylne wrażenie, okazuje się, że wszystko jest na wysokim poziomie.

Sama zabawa nie różni się od podstawowej zbyt mocno. W grze chodzi o to, aby zdobyć jak najwięcej punktów chwały, a te otrzymujemy z przedmiotów, pokonanych potworów, z pokonanego bossa oraz warunku na wiosce. Po przygotowaniu powinniśmy mieć wybraną jedną wioskę, gotową talię, widzieć 6 kart do wyboru (na początek tylko zaklęcia i przedmioty), a każdy gracz na start ma 5 kryształów. W swojej turze gracz wybiera czy idzie do podziemi czy wykonuje akcję odpoczynku. Jeżeli  aktywny gracz wybrał to pierwsze, decyduje którą kartę chce wziąć, płaci n – 1 kryształów, gdzie n to numer porządkowy karty licząc od wioski. Przedmioty i zaklęcia się kumulują tak, aby widzieć dolną wartość – jeżeli mają jakąś zdolność, to działa jedynie ta aktywna. Jeżeli wybierzemy potwora, musimy z nim walczyć. Najpierw otrzymujemy rany równe sile potwora pomniejszone o wartość naszej obrony, a następnie sprawdzamy czy nasz atak jest co najmniej równy żywotności potwora. Jeżeli tak jest, zabieramy kartę, jeżeli nie to zmarnowaliśmy swój ruch. Możemy modyfikować wartości obrony lub ataku akcjami, które nie kończą naszej tury. Odpoczynek to akcja oznaczona X, wybieramy jedną z nich i wykonujemy jej efekt. Gramy tak długo, aż zejdą wszystkie karty podziemi. Osoba, która ma najwięcej punktów chwały (po odjęciu ran) wygrywa.
Po złoto i chwałę!

Tocząc rozgrywki w tę grę przypominałem sobie wrażenia z poprzedniej wersji i wydawało mi się, że były zbliżone. To solidna, lekka karcianka z niewielką dozą negatywnej interakcji. Dostarcza nieco śmiechu i sporo frajdy. Jeżeli ktoś chce coś w stylu Munchkina, ale z prostymi zasadami (wbrew pozorom i obiegowym opiniom Munchkin wcale nie ma niskiego progu wejścia), to myślę, że znalazł coś dla siebie. Wspomnienia powróciły, ale na nowo musiałem przyjrzeć się tej pozycji. Niby przypomina starszą wersję, ale jednak dorzucono coś nowego, więc staram się odrzucić emocję na bok i spojrzeć na tę grę świeżym okiem.

Moje wrażenia dotyczą głównie prototypu – choć miałem rozgrywki z finalnego egzemplarza i dodatku w Śmierć w szlamie – najwyraźniej prawdą jest, że pierwsze wrażenie jest najsilniejsze. Doskwierało mi, że wybieram kartę, robię akcję, a reszta po prostu nic nie robi. Niestety, tutaj nadal jest podobnie, choć interakcja wyglądała lepiej niż pamiętam. Zdarza się, że musimy podjąć jakieś działanie z przeciwnikiem, aby wykonać konkretną czynność, np. może uleczyć ranę rywala, aby zyskać +1 do ataku.

Podoba mi się w sposób jaki rozwiązano regrywalność. Karcianka posiada wiele wariantów, z których większość można łączyć ze sobą. Nie mamy czasu, aby grać pełną partię? Odrzucamy z każdej po 5 losowych przed przetasowaniem. Chcemy mieć większą kontrolę nad talią? To smoki dajemy w dalszej jej części. Tytułowi Władcy Podziemi są również opcją zabawy: przed nią losujemy lub wybieramy jednego z nich. Jako akcja główna możemy rzucić Overlordowi wyzwanie – jestt to normalny atak na potwora, a po wygranej dostaniemy żeton. Ten daje nam jakieś profity, dość często to są dodatkowe punkty na koniec gry. Możemy utrudnić sobie rozgrywkę dając na start lepsze statystyki dla sługi zła, czy przegrywamy jeżeli do końca gry nie został on pokonany. Podoba mi się ta możliwość, ponieważ czasem nie opłaca się cokolwiek zrobić z torem, mamy zbyt dobrą kombinacje, a każda zmiana byłaby popsuciem tego połączenia. Jeżeli mamy odpowiednio dużo siły i nie musimy odpoczywać, to uderzenie na czempiona wydaje się być sensowe.

Zaklinacze zasłynęły z zabawnych połączeń tekstów fabularnych przedmiotu i zaklęcia, do tej pory śmieję się przy lutni regeneracji, której tekst mówi, że “Coś nie brzmi dobrze, pewno dlatego, że… pozwala bezkarnie tracić kończyny”. Po angielsku nadal brzmi to dobrze, utrzymano tutaj humor. Może osoby niezbyt biegle władające tym językiem nie docenią tego aspektu, ale dobrze wiedzieć, że to jest nadal na dobrym poziomie. Myślałem, że wydawnictwu Gindi będzie ciężko przełożyć to na inny język, ale należą im się brawa za wykonanie zadania. Warto dodać, że choć mamy kilka przedmiotów o te samej nazwie, to każdy z nich ma inny tekst. W nich też nieznacznie zawarto nawiązania do popkultury.

Warto zaznaczyć, że nie jest to bezmyślna karcianka. Bierzemy kartę, bo możemy. Nie jest to zawsze rozsądne, Należy pamiętać, że aktywna jest tylko dolna karta, jeżeli ją przykryjemy to stracimy zdolności i najpewniej jakieś statystyki. Wtedy może się okazać, że jakiś przedmiot, który dawał nam sporo bonusów, jest już bezużyteczny, bo stracił swoje cechy, a nowy nie rekompensuje nam strat w tej materii. Większość rzeczy trzeba czynić z głową, czasem przykładając kartę, którą chcemy nabyć, aby zobaczyć jakie zmiany nam dokona.

Mnogość wariantów wpływa na zmniejszenie powtarzalności, ale jednak łączenie talii wpływa bardziej. W ramach tego samego wariantu osobowego, mamy sporo możliwości jakiego pokroju monstra będziemy ubijać oraz jakiego rodzaju przedmioty będziemy zdobywać. Znając charakter talii będziemy tworzyć połączenia, które lepiej odzwierciedlą nasze upodobania w czasie partii. Przykładowo anioły mają pełno przedmiotów, które opierają się na zadawaniu sobie ran. Łącząc to z ciemnością, których potwory dają punkty za rany, na pewno nie popełnimy błędu. Co prawda na torze, jeżeli zbyt dobrze nie potasujemy stosu, będą pojawiać się podobne karty i wtedy rozgrywka jest nieco nieciekawa, ale to niewielki uszczerbek w tej pozycji.

Bardziej boli mnie to, że jak na dynamiczną karciankę, to ta gra potrafi się niemiłosiernie dłużyć. Szczególnie to doskwiera przy maksymalnym wariancie osobowym, gdzie po połowie talii większość osób ma dość i męczy się z rozgrywką. Władca podziemi nie stanowi zagrożenia, więc wariant “Death mode” nie jest przydatny, natomiast potwory załatwia się mechanicznie i od niechcenia. Oczywiście  ten precedens można ukrócić jeżeli wykorzystamy z któryś dostępnych wariantów przyśpieszających partię.

Ubijemy tych czempionów

Enchanters: Overlords to rzeczywiście wypasiona wersja Zaklinaczy. Duże pudełko wypełnione zawartością pokazuje, że mała, wręcz kompaktowa karcianka zamienia się w potężną grę. Nie mniej nie utraciła jej pierwotnego ducha, to nadal prosta gra z niskim progiem wejścia. Wrodzi mistrzowie nie jest zbytnym utrudnieniem zasad – ot, dodatkowa reguła, którą łatwo się nauczyć. Moi znajomi i ja z chęcią będziemy wracać do rozgrywek w ten tytuł.

Plusy:

  • baśniowa szata graficzna i świetne wydanie na wysokim poziomie
  • niski próg wejścia
  • interesujące urozmaicenie w postaci Overlordsów
  • dynamiczny przebieg rozgrywki
  • świetny humor wynikający z połączeń kart
  • prosty, ale ciekawy system łączenia kart
  • dobrze skonstruowana regrywalność i skalowalność

Minusy:

  • rozgrywka potrafi się na tradycyjnych zasadach niemiłosiernie przeciągać

Dziękuję wydawnictwu Gindi za egzemplarz do recenzji

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.