Skip to main content

Lato z komarami – No nie bądź taki, daj gryza!

Zaczęło robić się gorąco, parno i duszno, więc już wszelkiej maści owady wypęzły na powierzchnię. Szczególnie nasze ulubione komary, które jak co roku dają popis swoim zdolnością i modyfikują nasze ciało ozdabiając je wszelkimi bąblami. Miałem okazję niedawno być na festiwalu plenerowym, odbywającym się w Parku Miejskim w Toruniu. I komary nie odpuszczały, więc doszedłem do wniosku, że to już czas, aby zrecenzować nowość od wydawnictwa Egmont. Czas zacząć Lato z komarami.

Lama to komar

Nie tak dawno się dowiedziałem, że LAMA – karcianka Reinera Knizii nominowana niedawno do Spiel des Jahres – i omawiana pozycja to jest to sama gra. Zasady w grze Lato z Komarami zostały nieznacznie zmodyfikowane, dosłownie dwie proste zmiany, które według mnie nie wpływają na odbiór gry. Zabawna ilustracja wygrzewających się na leżakach komarów przyciąga uwagę. Szata stworzona przez Tomasza Samojlika jest przyjemna. O ile w prawdziwym życiu te “gryzione” nie są miłym widokiem, to te narysowane już wywołują uśmiech. Elegancki komar w kapeluszu i z lampką wina, turysta z plecakiem czy wybierający się na wędkowanie to interesujące kreacje tych nieprzyjemnych owadów, od razu ma się więcej empatii do tych stworzeń. Jeżeli chodzi o jakość wydania, to jest analogiczna do wcześniej recenzowanego tytułu z tej serii (Pędzące żółwia: Gra karciana). Małe, poręczne opakowanie z solidnego kartonu, a w środku 55 kart oraz nieco żetonów. Ten ostatni element jest dość niewielki i często zdarzało mi się je gubić (szczególnie ten mniejszy rozmiar).

Zaczynając od osoby, która została ostatnio ugryziona przez komara. Losowo wyciągamy jedną kartę na środek. W swoim ruchu możemy zrobić jedną z trzech rzeczy: położyć kartę, dobrać ją lub spasować. Pierwsza akcja polega na tym, aby dołożyć na wierzch stosu na środku kartę o tej samej wartości lub o jeden wyższą. Karta BZZZ jest specjalna: jest mniejsza o 1, a wyższa od 6. Druga to po prostu dobranie karty. Trzecia wycofanie się z tej rudny. Runda trwa tak długo aż wszyscy spasują poza jedną osobą lub ktoś pozbędzie się całej ręki. Wtedy ten gracz wygrywa i może pozbyć się jednego z żetonów. Następnie przydzielane są punkty karne: za każdy rodzaj karty dostajemy punkty równe ich wartości (czyli nie ma znaczenia ich liczba jeżeli posiadamy 3 karty o wartości 5, to dostajemy tylko pięć punktów karnych) oraz 10 za KAŻDĄ kartę BZZZ. Gra kończy się jak zdobędzie 40 punktów, osoba mająca ich najmniej wygrywa.

Pogryzienie stopnia drugiego

Pewno zastanawiacie się jakie są zmiany względem oryginału. Jak wspomniałem, to są nieznaczne zmiany. W LAMA jest jedna karta więcej, która w polskiej wersji nazywa się BZZZ (czyli w Lecie z komarami mamy 55 kart zamiast 56). Druga zasada to dostajemy punkty karne za karty lam (czyli BZZZ) jedynie jeżeli mamy co najmniej dwie takie karty. Możemy wprowadzić tę regułę do zabawy i nie odczujemy większej zmiany. Zwykle staramy się pozbyć wszystkich kart lub rzeczywiście mamy więcej niż jedna, więc raczej nie będzie problemy, że została tylko ta jedna. Może nam się udać też pozbyć całej ręki i mamy ten przywilej odrzucenia jednego z żetonów.

A co do tej nagrody, to jest to ciekawa opcja. Wartości żetonów to 1 i 10. Nic pomiędzy, za każdym razem jak uzbieramy 10 jedynek, wymieniany go na dziesiątkę. Zatem odrzucenie jedynki często jest nieopłacalne, więc można nieco przeciągnąć zabawę godząc się na kilka dodatkowych karniaków, zamieniając je na 10 punktów i odrzucając później. Oczywiście należy brać ryzyko, że nie uda nam się wygrać.

Czasem trzeba pomyśleć nad swoim ruchem. Jeżeli mamy kilka kart na ręku z różnymi wartościami, to czy będziemy liczyć na łut szczęścia i dobierzemy pasującą kartę. Rzecz jasna, możemy nie dostać, co oczekujemy, więc wycofanie się w odpowiednim momencie z najmniejszą szkodą jest często dobrym pomysłem. Zwykle grałem rozważnie, pasując z minimalną stratą i uważałem że miałem dobre wyniki. Nie zawsze to był zwycięski rezultat, ale bliski wygranej. Dużo zależy od tego, co nam się trafi.

Dodatkowo przeciwnicy mogą być wredni. I na tym w sumie polega gra. Często świadomie lub nie świadomie będą podkładać nam świnię. Kiedy na stosie pojawi się karta, która nas interesowała, ktoś może ją przysłonić. I już koniec zabawy, bo możemy tylko o jeden większą, ale nie mniejszą. A kiedy mamy taki rozstrzał, to już nie mamy co dołożyć. Pojawia się wtedy przed chwilą omawiany dylemat: zaryzykować, a może jednak odpuścić dostając kilka punktów.

Nasza chęć podejmowania ryzyka będzie tym większa, im więcej graczy będzie uczestniczyć w rozgrywce. W wariancie sześcioosobowym przecież logiczne jest to, że sytuacja się zmieni, więc dobierzemy coś, a potem jak dojdzie do naszej tury, to będzie jakaś karta pasować. Natomiast uważam, że na dwie osoby to ta pozycja jest niegrywalna. Ścigamy się najczęściej, kto pozbędzie się wszystkich kart, a jak ktoś uzna, że nie warto ryzykować i spasuje. Wtedy nie ma zabawy, a nudny i nieciekawy przebieg partii.

Olbrzymią zaletą tego tytułu to dynamizm. Bach, zagrywam kartę, ciach, kolejna osoba. Jedna runda, następna, potem kolejna i nagle mija cała partia. A co potem? A potem z chęcią zagramy kolejną i znów kolejną ;). Bardzo podoba mi się, że jest tak szybka, bo czasem może nie wystarczyć czasu na coś innego. Podobnie jak w Pędzących Żółwiach: Gra karciana możemy sobie pozwolić nieco zmodyfikować reguły. Zasada jak z oryginału – co najmniej dwie karty BZZZ dają ujemne punkty? Żaden problem. Za szybko się kończy? No to gramy do 50 punktów. Dzieciaki marudzą, że za dużo trzeba mieć szczęścia? OK, jeżeli właśnie wyciągniętą kartę możemy wystawić, to możemy to zrobić. Modułowość i dynamizm… coś wam świta? No tak, tak, gra jest regrywalna.

Od takich komarów nie trzeba się odpędzać

Lato z komarami to wariacja na punkcie klasycznych gier. Troszkę przypomina skądinąd popularnego Pana oraz wiele karcianych zabaw znanych z dzieciństwa (niektórzy dopatrywali się tu Makao, co jestem nieco skłonny przyznać). Szybka karcianka o banalnych zasadach to klucz do sukcesu, który Reiner Knizia wykorzystał. Absolutnie się nie zdziwię, kiedy to właśnie ta pozycja zdobędzie Spiel des Jahres, a nawet szczerze mówiąc na to liczę.

Plusy:

  • kompaktowe wydanie i zabawna szata graficzna
  • banalne zasady
  • mimo prostoty gry, zabawa pozwala na nieco kombinowania
  • dobra regrywalność
  • niesamowity dynamizm rozgrywki
  • ciekawa doza ryzyka

Minusy:

  • na 2-3 osoby nie czuć tej frajdy

Dziękuję wydawnictwu Egmont za przekazanie egzemplarza do recenzji

Kraina Planszówek

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.