Skip to main content

Pędzące żółwie: Gra karciana – Byle do sałaty

Pędzące Żółwie to jedna z pierwszych gier jakie poznałem. Zawsze przy tej pozycji zawsze przednio się bawię, choć zdecydowanie nie jestem w jej grupie docelowej. Nawet pół żartem, pół serio stwierdziłem, że to najlepsza gra wyścigowa jaką udało mi się zagrać. Kolejne twory doktora Reinera Knizii o ścigających się zwierzętach (Pędzące Ślimaki, Pędzące Jeże i Zające na łące) w moim odczuciu nie przebiły się zarówno do świadomości graczy, jak i w moim prywatnym rankingu. W ramach serii Gry do plecaka pojawiła się karciana wersja tej planszówki. Czy to znów odgrzewany kotlet, o którym za chwilę zapominamy, a może jednak tytuł ten bez problemu ma szansę konkurować z pierwowzorem?

Gdzie ta sałata?

Skoro zawartość gry to karty i parę kafleków-żetonów, to jest logiczne, że pudełko jest malutkie? No i nazwa serii gier zobowiązuje – ta mieści się w kieszonce plecaka lub bluzy, więc problemu z transportem raczej nie będzie. Sama szata graficzna jest nawiązaniem do poprzednika, więc mamy słodkie i przeurocze żółwiki oraz pstrokatą, barwną i cukierkową kolorystykę. Nieco wspomniałem, co zawiera te opakowanie, więc warto rozwinąć tą myśl. Jeżeli oczekiwaliście mniejszych wersji pionków żółwi, to was zawiodę: nic takiego nie ma w środku. Otóż uczestników wyścigu symbolizuje płytka – nie dość, że dochodzi czarny żółw (będący jedynie zapychaczem), to jeszcze wszystkich ścigających się jest po dwóch na kolor (tak, 12 żetonów). Karty dzielą się na dwie kategorie: 1. wyścigu, używanie do biegu do sałaty, 2. tożsamości określające jakim żółwiem pędzimy do przekąski. Nie mogę powiedzieć żadnego złego słowa o jakości wykonania, jest poprawne, a sympatycy planszowej wersji będą widzieć nawiązania w stylistyce.

Zasady są niemalże takie same, przebieg tury składa się z tych samych kroków: a) zagrać kartę b) poruszyć żółwia zgodnie z zagraną kartą c) i dobrać kartę. Jednak rozpatrzenie tych czynności (poza punktem a) ) jest nieco inne. Symbole wskazują, czy poruszamy żółwia do przodu czy do tyłu oraz jaki kolor (tęczowy żółw to dowolny). Skoro mamy dwóch reprezentantów jednej barwy, możemy wybrać, który wykonał ruch. Znany tej gry motyw, czyli wskakiwanie na plecy innego biegacza, oczywiście jest zachowany. Jednak jest pewna różnica, bowiem wyścig nie obywa się od startu do mety, ale dzieje się cały czas jednej linii, to przypomina bardziej przepychanki, by być jak najbliżej pierwszego miejsca. Jeżeli wyniku ruchu powstanie dziura, to “tył” dogania “peleton”. Wstrząs jest nowym typem ruchu, wtedy wszystkie żółwie z wybranego spadają. Jeżeli w czasie uzupełniania ręki gracz dobierze sałatę, odkłada ją na początku linii. Jeżeli to trzecia tego typu karta, wyścig się kończy. Wszyscy się ujawniają i wygra gracz, którego żółw jest najbliżej sałaty (w przypadku kolumny, wygrywa żółw będący na dole).

Biegiem przed siebie!

Podobają mi się nawiązania do planszowej wersji gry, przede wszystkim pozostawili ten ikoniczny motyw ruchu oraz zbliżoną szatę graficzną. Przez co ma się poczucie, że to tytuł z jednego uniwersum i to swego rodzaju kontynuacja albo wręcz wersja podróżna. Poziom zabawy jest analogiczny, więc nadal będzie to frajda dla dzieciaków, jak i dorosłych.

Jeżeli miałbym wskazać, co mi się nie spodobało, to sposób zakończenia gry. Dobrze pamiętam, że w podstawowej wersji talia potrafiła się przewinąć 2-3 razy w ciągu partii, a tu? Nagle w połowie zabawy możemy wyciągnąć trzecią sałatę i po rozgrywce. Nie ma metody na specjalne przedłużanie wyścigu, więc przynajmniej zabawa nie będzie nam się dłużyć. Niesmak mimo wszystko pozostaje i urywanie przebiegu gry jest nieprzyjemne. Musimy się liczyć, że nie mimo dobrych kart, nie wykonamy odpowiedni ruch.

Nieprzyjemności opisane w poprzednim akapicie spowodowały, że zaczęliśmy kombinować zasadami. Przede wszystkim karty sałaty idą na spód (wystarczy jedna) i wyścig kończy się, jeżeli zejdzie ostatnia karta ze stosu . Również po drodze wymyślony został wariant wieloetapowego biegu, gra kończy się po trzykrotnym wyczerpaniu talii – a te oznaczane jest kartą sałaty. Również kombinowaliśmy, że te można zagrywać opcjonalne i rozgrywka się kończy po zagraniu trzech, ale mało kto chciał zagrywać sałatę, więc to był najmniej ciekawy wariant. Tradycyjna opcja znana z podstawki, że wygrywa jednak żółw będący na górze też była. Nawet rozgrywany był taki tryb, że jeżeli czarny wygra, to wszyscy przegrywają (normalnie pomija się czarne żółwie i te, które nie należą do żadnego z uczestników zabawy) i osoby, które były na przegranej pozycji bardzo chętnie korzystały z tej możliwości. To bardzo dobrze, że tytuł jest podatny na modyfikacje, ale po ich wprowadzeniu absolutnie nikt nie chciał wracać do podstawowej zabawy.

Grając z osobami, które znają podstawową wersję pytałem się czy wolą planszówkę czy karciankę. Zdziwiłem się. że niemalże wszyscy wybrali tę drugą pozycję. Nie dlatego, że myślę, że jest gorsza, ale jednak edycja planszowa jest bardziej znana i kultowa, w dodatku stare polskie myślenie, że “stare jest lepsze” oraz przyzwyczajenia robią swoje. Biorąc te czynniki pod uwagę byłem pewien, że wiele osób stwierdzi, że karcianka nie jest tak dobra, jak bazowa wersja.

Co zatem spowodowało, że ta implementacja zwyciężyła? Prawie każdy obstawił, że przebieg partii jest dynamiczny. Musiałem to bardziej zbadać, bo przecież tura wygląda tak samo: zagrywamy kartę, robimy ruch i dobieramy. Nawet przesunięcie pionków jest moim zdaniem jest bardziej wygodne niż żetonów, więc przewaga powinna być po stronie planszówki? Niemniej wielu wolało grę karcianą, ponieważ mieli odczycie, że wszystko przebiega szybciej. Podejrzewam, że przez niewielki czas przebiegu całej gry. Coś, co dla mnie było wadą, tutaj robiło złudne uczucie szybkiej partii. A wiadomo jak to jest z tym typem zabawy, który się szybko kończy – zachęca o rewanżu i kolejnej rozgrywki jednej po drugiej.

Inna wskazana zaleta to obszar jaki zajmuje. Rzeczywiście jest zauważalnie mniejszy, a jak wspomniałem sama karcianka to niewielkie pudełko. Proste w transporcie, od biedy gdy naprawdę nie mamy miejsca w plecaku/torbie/kieszenie weźmiemy “w łapę” i już. Zaś kompaktowe wydanie ma inną zaletę – zagramy wszędzie. Pociąg? Kawiarnia? Pizzeria? Park miejski? Wybierz sobie, co chcesz.

Ostatnia wskazana zaleta, to jest coś, co mówiłem – nawiązanie do znanej gry. Zastanawiam się czy by była tak popularna, gdyby nie fakt, że to nowsza wersja Pędzących Żółwi, to czy ktoś na nią by spojrzał i z takim upodobaniem zagrywał się. Rzecz to wiadoma, że nic tak nie przyciąga do marki, jak odwołania do wspólnego elementu. Chociażby Królewski Namiestnik jest usytuowany w świecie Pieśni Lodu i Ognia, ale nie ma tam zbytnio elementów znanym fanom serii – i to jest najsilniejszy atut tej gry. W tej karciance zaś mamy solidne połączenie zarówno mechanicznie, jak i wizerunkowe.

Rzecz jasna, ta wersja ma takie same mankamenty jak planszówka, więc nie będą specjalnie się rozpisywał, że czasem nasze ruchy są dość oczywiste, ale często przez posiadane karty nie mamy żadnego sensowego zagrania. Przeciwnicy spychają twoje dwa żółwiki do tyłu, a my mamy wybór, aby pomagać innym uczestnikom wyścigu lub rzucać byle co, nawet jak to nie ma większego sensu. Na szczęście te ostrze jest obusieczne, bo przez takie skonstruowane karcianki, również nie zawodzi w tych punktach, co bazowa wersja. Mowa tu o regrywalności i skalowalności. W tym pierwszym jest nawet o tyle lepiej, że krótki czas gry zachęca do wielu partii z rzędu. W drugim aspekcie dynamizm powoduje, że nie czeka się na swoją turę zbyt długo niezależnie od wariantu osobowego.

Zaraz wszamię tę zieleninę!

Pędzące Żółwie: Gra karciana, to nie tylko nawiązanie o klasyki, ale też broni się jako samodzielna pozycja. To świetna zabawa, w której wyścig jest pierwszorzędną zabawą. Owszem, ma swoje skazy, które można poprawić modyfikując podstawowe zasady. Reszta pozostaje niezmieniona, to nadal solidna rozrywka i niesamowita frajda.

Plusy:

  • nawiązania do pierwowzoru w mechanice i oprawie graficznej
  • zabawna rozgrywka dla dzieci oraz dorosłych
  • dynamiczny przebieg partii
  • dobra skalowalność i regrywalność
  • interesująca implementacja znanej gry
  • kompaktowe, łatwo “przemieszczalne” wydanie
  • generator śmiechu i syndromu jeszcze jednej partii

Minusy:

  • przez metodę zakończenia wyścigu, ma się wrażenie, że ten kończy się w połowie
  • niezbyt wygodne przemieszczenie żółwi
  • momentami brak kontroli nad sytuacją na planszy

Dziękuję wydawnictwu Kraina Planszówek Egmont za przekazanie egzemplarza do recenzji

Kraina Planszówek
Egmont (Kraina Planszówek)

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.