Skip to main content

Newton – Być najlepszym wynalazcą

Isaac Newton to jeden z najbardziej rozpoznawalnych fizyków. Bez wątpienia jego badania i teorie przyczyniły się do rozwoju nauki. Wiecie, że on włożył sobie igłę w oczodół i poruszał nią, udowadniając tym samym, że spostrzeganie koloru jest interpretacją mózgu? Wśród jego wielu zasług najbardziej rozpoznawalną jest zapewne teoria grawitacji, która została nieco przyćmiona przez legendę o jabłku.

Trzeba złapać okazję

Okładka ma ciekawy minimalizm, brązowe opakowanie przypomina nieco jakby ciężki wolumin naukowy, jakby jakiś tom tez i analiz wypracowany przez samego Newtona. Elementem, który będzie rzucał się naszym oczom jest rzecz jasna jabłko, przyglądając się jemu możemy dotrzeć w nim twarz tytułowego naukowca. W tle samem ilustracji frontowej dostrzeżemy różne wzory i wyliczenia. W środku cała masa kontentu, różne żetony, kafle i karty. Mógłbym rzecz, że to typowy eurosuchar z wyglądu, same plansze też przedstawiają jakieś tory, więc od samego odpakowania czuć jaki tym rozgrywki będzie przedstawiać. Autorem rysunków jest niejaki Klemens Franz, jak pewno wiecie nie jest to mój ulubiony ilustrator i lubię pisać długie zdania narzekań na jego styl. Nie wiem czy to kwestia przyzwyczajenia czy rzeczywiście coś się zmienia u tego artysty, ale szata graficzna jest porządna i pasuje do całości gry. Nawet nie będę narzekał na oszczędną kolorystykę typową dla tego twórcy, ponieważ dobrze się komponuje z tematem.

Zabawa trwa przez sześć rund, podczas których każdy zagra 5 (w niektórych wypadkach mniej, ale o tym później) kart. Karta ma symbol akcji, którą wykonujemy – liczba symboli to jej siła. Czasem karta też posiada symbol specjalny, określający dodatkową możliwość w trakcie trwania rundy (przeważnie będą to książki potrzebne do pewnej akcji). Co możemy robić? Praca – przesuwamy się na torze pracy o wartość akcji i dostajemy tyle monet. Technologia – przesuwamy studenta na odpowiednim torze. Podróż – przesuwamy się po mapie. Wykłady – zdobywamy nową kartę akcji. Badania – układamy żetony książek na półkach. Na koniec rundy jedną z zagranych kart musimy położyć “pod biurkiem” – czyli z jednej strony tracimy jedną akcję, ale z drugiej wzmacniamy ją. W samej grze jest dużo zależności, jak cele, karty mistrzów, premie, itp. Nie musimy robić akcji z maksymalną siłą, czasem jest to bardziej opłacalne, aby zatrzymać się na innym polu, który przyniesie nam więcej korzyści.

Którą drogą pójść?

Osobiście myślałem, że skoro zasady nie są tak rozbudowane jak myślałem, to sama zabawa jest dużo prostsza. Nie jestem fanem sałatek punktowych, zwykle te wywołują u mnie spory paraliż decyzyjny. I nie było inaczej tym razem – tutaj potencjalnie zdobędziemy punkty, tą drogą chyba więcej, itp. Musimy tak balansować między swoimi akcjami, aby optymalnie wykorzystać daną nam szansę. Mimo, że sama gra jest dość dynamiczna, bo przecież tura polega na zagraniu karty i wykonaniu akcji, to potrafi palić zwoje mózgowe. Na szczęście w tym wszystkim nie ma zastojów, bo większość planu możemy opracować w czasie trwania tury innych graczy.

Nie lubię w grach w stylu europejskich negatywnej interakcji (choć odczuwam pewien dysonans poznawczy, o tym więcej dalej), więc Newton tym bardziej spodobał mi się, ponieważ nie licząc kilku żetonów premii nic nie zniknie z planszy. Zatem nie dość, że nic nie pomiesza mi szyki i mogę skutecznie wdrażać swój plan, to jeszcze mogę porównać jak moja droga była dobra. Skoro każdy ma jednakowe szanse na wygraną, to wynik konkretnie odwzorowuje skuteczność działań. I już po pierwszej partii zauważyłem, że metoda “na bibliotekarza” była najlepsza, czyli układanie jak największej liczby ksiąg na półkach. Może i to najlepszy sposób i niezwykle skuteczny, ale nie jedyny…

Ponieważ mechanika opiera się na sałatce punktowej. Jak wspomniałem, niezbyt przepadam za tym typem zabawy, ponieważ każda akcja daje jakieś punkty. W takim wypadku rozgrywka polega na balansowaniu pomiędzy akcjami, aby zrobić optymalny ruch, który da nam najwięcej korzyści. Widząc tyle torów i fakt, że wszystko daje nam punkty możemy dostać niemałego zawrotu głowy i paraliżu decyzyjnego. Jednak jak znajdziemy złoty środek i wybadamy, co warto i w jakiej kolejności wykonywać, to sama rozgrywka nie jest tak uciążliwa i nie pali aż tak zwojów mózgowych. Skoro każda akcja daje punkty, to wcale “bibliotekarz” nie jest zwykle najlepszą akcją, ciągnięcie wszystkich sznurków również jest pomocne, a może badania, które pozwolą nam robić silniejsze akcje lub podróż po Europie okaże się kluczowym rozwiązaniem.

Kilka akcji, które napędzają się wzajemnie i są od siebie zależne pozwalają na kombinowanie. Szukanie połączeń i łańcuchów akcji daje szczególny rodzaj frajdy. Tworzenie co raz lepszych kombinacji jest rzecz jasna istotą zabawy, aby mieć nad tym kontrolę warto zdobywać lepsze karty. W czasie pierwszej rozgrywki wprawiony eurosucharowiec krok po kroku, powolutku, sukcesywnie wdrażał swój plan, aby potem walnąć taką wiązankę, że głowa mała. Jednym ruchem osiągnął coś, co ja z trudem wydobyłem w czasie trwania jednej rundy. Po drodze aktywował trzech mistrzów, zwiedził pół Europy i rozwinął swoje technologie. Naprawdę godne podziwu. Tutaj muszę wspomnieć o pewnej rzeczy. Jak można się domyśleć, tracąc co rundę kartę warto zaopatrzyć się w nowe, czasem można przypadkowo lub umyślnie pominąć ten krok i zakończyć zabawę przedwcześnie z niemożności zagrania kart. Czasem nawet taki ruch jest opłacalny – zdarzyło się takie podejście i okazało się zwycięską strategią.

Sałatka, kombinowanie i wiele dróg do wygranej powodują, że gra ma sporą regrywalność. Podejście do zabawy jest inne w zależności od człowieka, więc różni gracze będą działać inaczej, a w efekcie możemy obserwować inne zachowania. Każda rozgrywka, każde podejście i każda droga do wygranej będzie się różnić powodując szeroki wachlarz doświadczeń. A to wszystko zamknięte w prostej mechanice zagrywania karty. Wspomniałem, że na planszy niewiele się zmienia i każdy jednakowe szanse, zatem jaka jest losowość? No właśnie niewielka, poza przygotowaniem i kartami dobieranymi z badań (które widzimy od początku rundy!) nie ma niczego, co by mogło zepsuć nasz plan. Nie ma interakcji zewnętrznej lub wewnętrznej, taka konstrukcja ma swoje pewne wady i zalety. Do tych drugich zależy przede wszystkim skalowalność – niezależnie od liczy graczy zabawa jest taka sama, ale to ma drugą stronę. Skoro każdy sobie rzepkę skrobie, to nie będziemy zwracać uwagi, co robią przeciwnicy i mamy zaawansowanego, nieemocjonalnego i typowego pasjansa.

No, to teraz tylko prestiż

Newton to prawdziwa perełka w świecie planszówek w stylu europejskim. Zabawa jest średnio ciężka, a zasady niezbyt zaawansowane, więc każda osoba, która zasmakowała nieco gier planszowych bez problemu rozegra partię. Oczywiście dochodzi do tego planowanie i wdrażanie swoich kombinacji, aby wygrać, ale to sprawa drugorzędna. Wiele dróg do zwycięstwa daje sporo radości przy takiej prostej mechanice. Byłem więc pewien, że ta pozycja zdobędzie tegoroczne Kennerspiel des Jahres, więc tym bardziej decyzja kapituły mnie zaskoczyła nie dając dziełowi Simone’a Lucianiego nawet nominacji.

Plusy:

  • sprawna i prosta mechanika zagrywania kart
  • zmuszanie do pozbywania się kart z ręki, przez co musimy optymalizować nasz zestaw
  • wiele możliwości zdobycia wygranej i duża regrywalność
  • dynamiczny przebieg zabawy
  • dobra skalowalność i niewielka losowość
  • optymalizacja ruchów i szukanie połączeń daje interesującą zabawę

Minusy:

  • niewielka interakcja dające wrażenie, że “każdy sobie rzepkę skrobie”
  • niezbyt ciekawa kolorystyka, niestety typowa dla Klemensa Franza

Dziękuję wydawnictwu Lucrum Games za przekazanie egzemplarza do recenzji

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.