Skip to main content

Wyspa Skye: Wędrowiec – Piechotą przez Szkocję

Każdy wędrowiec, choć wybrał swój los i nie zamieniłby do na inny, ma takś chwilę, kiedy przechodząc przez wieś o zmierzchu i widząc przez okno izbę, gdzie rodzina zasiada do stołu w kręgu lampy, odczuwa strach przed przyszłością żal za przeszłością i niepewność, czy wybrał właściwie

Sławomir Mrożek, Varia. Życie i inne okoliczności

Jak się okazuje, gry kafelkowe są spoko, nawet jeżeli któraś nie do końca mi pasuje to i tak jest to najczęściej solidna pozycja. W moim osobistym rankingu ma wysokim miejscu plasuje się Wyspa Skye. Kiedy usłyszałem o dodatku, to sobie pomyślałem: “No i co tam zmienią? Dodadzą nowe płytki? Nowe zadania?”. Okazuje się, że dodano całkiem sporo, a zwykle zmiany wywracające mechanikę gry nie są mile widziane przez graczy. No to należy wydać werdykt, czy warto zainwestować w te rozszerzenie. Gotowi na przemierzanie królestwa z Wędrowcem?

Czas rozpocząć podróż

Prawdziwi wędrowcy to tacy, którzy wyruszają, żeby już nigdy nie wrócić, jak ktoś powiedział

Sławomir Borewicz w serialu 07 zgłoś się

Cóż, tytuł może mylić, ponieważ “Wędrowiec” kojarzy się raczej z podróżnikiem, nawet z włóczęgą. Journeyman (oryginalny tytuł) najłatwiej przetłumaczyć jako czeladnik, ale to też nie oddaję całości. Zarządca? Radca? Namiestnik? No niby, ale jak wyjaśnić poruszanie po planszy? W każdym razie jakiekolwiek tłumaczenie nie przedłoży dobrze funkcji, która za tym tytułem się kryje, bo jak się okazuje journey tutaj nie znaczy “podróż”, a pochodzi z francuskiego journée oznaczające “dzień”. Zatem “dniówkarz” (czyli osoba dostająca wypłatę za dzień pracy) to dość właściwie tłumaczenie, ale to nijak się przekłada na mechanikę gry.

No, ale dość dygresji i etymologii, nie jesteście tu, aby czytać moje wywody na temat słownictwa i tłumaczeń, nie? No to tradycyjnie zaczynam od okładki, która jest podobna do podstawki. Niby krajobraz ten sam: identyczny broch, w tle widać dokładnie taki sam zamek, ukształtowanie terenu raczej też jest powtórką, ale jednak coś jest inaczej. Na pewno zostały dodane drogi oraz drogowskaz wskazujący ścieżki, a poza tym na pierwszy plan “pcha” się tytułowy Wędrowiec gotowy do drogi, spakowany jedynie w przewieszony na kiju worek podróżny, z daleka pozdrawia go jakiś podróżnik (zamiast wcześniejszego dudziarza). Ciekawostką jest też, że oba pudełka się łączą tworząc wspólny obrazek na boku. No to czas zajrzeć do środka. Spodziewałem się, że w tym dość pudle będzie niewiele elementów, a wielkość opakowania wynika z dostosowania obrazka do wersji bazowej. No cóż, myliłem się. Mamy indywidualne planszetki gracza, pionki wędrowca, kamienie milowe, żetony premii, drogi, czy też nowe tereny i żetony punktacji. Całkiem sporo, a planszetka dawała mi obawę, że rozgrywka została za mocno zmieniona… Tradycyjnie, co do jakości nie mam zastrzeżeń.

Cóż nowego dochodzi do zabawy? No niby dużo, ale wszystko determinuje mechanika wędrowania. Po rozbudowie królestwa będziemy kładli kamienie milowe (na początku mamy dwa, potem dojdzie trzeci), a potem poruszali do nich wędrowca. Na start mamy 4 punkty ruchu, potem to może się zmienić. Jeżeli żetony są połączone drogą (przy czym ta nie musi przebiegać przez “całość” wystarczy, że drogi na obu kaflach – np. dwa zakręty – się łączą), przejście na płytkę kosztuję jeden punkt, w innym przypadku aż dwa. Jeżeli spełniamy warunki jednego z torów, to awansujemy na nim: tor wojownika zapewnia dodatkowe punkty zwycięstwa, tor zwiększa przychód i dodatkowe punkty ruchu, zaś herolda (czasem poza spełnieniem warunków trzeba zapłacić za awansowanie) przynosi bonusy, zwykle są one jednorazowe. Warunki awansowania zwykle wymagają bycia na żetonie z określonym symbolem, ale zdarzają się niecodzienne jak bycie w pewnej odległości od zamku, na najdalszym kaflu na górze, dole, lewo lub prawo czy na konkretnym zamkniętym terenie. Przesunąć się na torze wojownika jeżeli przeciwnik kupi od nas kafel królestwa, a jak my nabędziemy żeton z wędrowcem, to możemy awansować na dowolnym torze.. Dodatkowym sposobem na przemieszczenie się na dowolnym torze jest odwiedzenie zamku, na którym położyliśmy kamień milowy – nie musimy spełniać warunku, ale musimy za to zapłacić (1,3 lub 5 monet)

Panie, do najbliższej łodzi to tędy?

Radość jest jak cień, w którym wędrowiec może odpocząć, ale nie śmie w nim pozostać.

Przysłowie łużyckie

Sporo elementów, więc w głowie siedziało mi dużo zmian, ale nie jest ich aż tak dużo, aby zmienić całkowicie mechanikę. Owszem, dla osób mniej doświadczonych, czy nieprzyzwyczajonych do modyfikowania może być za dużo – zwłaszcza, że czasem ciężko zmienić przyzwyczajenia. Niemniej one mi nie przeszkadzają, dość łatwo przyswoiłem nowości oraz zmiany, które dochodzą. Tak naprawdę dodanie jednej cegiełki do zasad powoduje zmianę myślenia, a nie praw, którymi gra się rządzi. Obecnie nie tylko muszę myśleć, co chcę od przeciwnika, jak to połączyć z moim terenem klanu, jakie profity da mi obecnie kafel, a czego nie dać rywalom. No, nie też do tego całego kombinowana dołożone zostały kolejne zmartwienia. Przede wszystkim: jak rozdysponować ruch, aby mieć z niego najlepsze korzyści. Początkowe awansowanie nie jest trudne, ale potem spełnianie warunków i chęć posiadania konkretnego bonusu.

Słowo głębia jest tutaj kluczowe, właśnie to dodaje te rozszerzenie. Nie jest to coś, kto do końca się wszyscy się pogodzą. Co prawda Wyspa Skye zdobyła tytuł Kennerspiel des Jahres, ale to nie znaczy, że gra jest bardzo mocno zaawansowana. O nie, Szarlatani z Pasikurowic czy 7 cudów świata to tytuły, które nie są zarezerwowane tylko dla geeków. Wyspa Skye jest przyjemną zabawą, momentami wymagającą, ale niedoświadczeni planszówkowicze z chęcią będą grać. Natomiast poszerzenie perspektywy, w której trzeba dbać o więcej rzeczy nagle powoduje jakąś blokadę. Nawet w czasie rozgrywki padło stwierdzenie, że następne partie tego tytułu będą grane raczej bez dodatku.

Osobiście mnie to nie przeszkadza, właśnie ten nowy wymiar zabawy właściwie mnie uwiódł. To, co było dla niektórych odtrącające, mnie przybliżyło. Wędrowiec ma możliwość jakiejś podróży, no to nie pójdzie z jednego krańca krainy na drugi ot tak, więc wysokie znaczenie ma co, chcemy dobrać. Dodatkowo planowanie rozwoju jest jeszcze ważniejsze – i to wkraczają przeciwnicy. Dlaczego? A no bo potrzeba odpowiedniego symbolu, aby awansować na torze, a bez zgarnięcia go od rywala albo podaniu zaporowej ceny, aby na pewno wziąć ten kafel. Kombinowanie jest jeszcze większe, a możliwości dojścia do swego ogromne.

Wreszcie u celu

Bywają wędrowcy, którzy mylą kwiaty z gwiazdam

Guillaume Appolinaire

Każde słowo dołożone do tej recenzji powtarzałoby stwierdzenia już zawarte w tym tekście. Rozszerzenie zapewnia świetną zabawę, bardziej zaawansowaną rozgrywkę i świetnie doświadczenie. Niemniej osoby bardziej przyzwyczajone do prostszych gier czy mocno zakorzenione w podstawce niekoniecznie polubią zmiany wprowadzające przez dodatek. Wyspa Skye jest dwuwymiarową pozycją – działa dobrze jako gra zaawansowana i dla niedoświadczonych – ale dodatek to odpowiednio polaryzuje i jednoznacznie podkreśla, w którą stronę to zmierza. Uważam bazowy tytuł za najlepszą – po Queendomino – grą kafelkową. I właśnie chyba dzieło Andreasa Pelikana i Alexandera Pfistera przeszło podobną drogę co planszówka od Bruna Cathali. Może dysonans nie jest tak widoczny i przypadki Kingdomino oraz Queendomino to dwie osobne pozycje, ale chyba znaczenie tych słów jest czytelne. Ze względu na dość krótki tekst, w którym jasno zawarłem swoje myśli, postanowiłem nie zamieszczać plusów i minusów.

Dziękuję Wydawnictwu Lacerta za przekazanie egzemplarza do recenzji

Wydawnictwo Lacerta
Wydawnictwo Lacerta

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.