Skip to main content

Okładka pod przykrywką

Okładka. Ilustracja frontowa. Przednia strona pudełka. Nieważne jak nazwiemy tę część planszówki, jest to element, z którym stykamy się od samego początku. To on wzbudza w nas ciekawość, wywołuje pierwsze wrażenia, pozwala snuć domysły o mechanice i tematyce, to on daje szept do naszego ucha, to on mówi: “Kup mnie” (albo czasem wręcz odwrotnie). To właśnie ta niepozorna i jakże powszechna część opakowania nawiązuje z nami kontakt, więc może warto bardziej przyjrzeć się, co powoduje, że okładka jest tak ważna. Myślę, że po tym felietonie nie będziecie już patrzeć na front gry tak samo. Musimy pamiętać, że okładki są również elementem marketingu. Jak ona wygląda, jakie treści przedstawia, co widać na niej, a przede wszystkim w jaki sposób odbywa się kontakt z potencjalnym klientem to jest element większego planu. Muszę też zaznaczyć, że nie jestem ekspertem w sprawach i szeroko pojętym pijarze, zatem większość moich wywodów, to domysły wynikające z obserwacji środowiska. Ach, chciałem nazwać artykuł “Cover undercover”, ale dałem polski tytuł, który już nie brzmi tak fajnie :P.

O tym, że oprawa graficzna w obecnie jest ważna dla współczesnych planszówek może świadczyć fakt, że niektóre wydawnictwa unowocześniają wygląd niektórych tytułów. Egmont, FoxGames czy Nasza Księgarnia wydając jakąś starszą pozycję nie tylko dostosują tematykę do bardziej interesującej, to jeszcze uaktualnią grafikę. I tak wesoła gra o górnikach stała się piracką przygodą (BoomTownPiraci: Karaibska Flota), dziwny tytuł o akrobatach zmienia się w zabawę w stawianie muru (ZacrobatesBudowa Zamku), a szalona karcianka o latających maszynach została na nowo zilustrowana (Fly HighOdlot). Przyczyna tego jest dość prosta: nikt nie kupi w obecnych czasach gry z szaroburą ilustracją. Wspomniane tytuły zostały wprowadzone na rynek dzięki firmom zajmujących się wydawaniem przede wszystkim pozycjami familijnymi. Taki rodzaj planszówek ma zainteresować, zaintrygować i zostać dłużej na stole. Wygląd jest skierowany do rodziców i dzieci, którzy surowo go ocenią. Myślicie, że dziwna szarawa gra o górnikach sprawdziłaby się na naszym rynku? O nie, kolorowa gra o piratach, to jest to! Pokręceni i brzydko narysowani akrobaci brzmią jakkolwiek interesująco? No raczej, że byście woleli rycerzy na blankach zamku. Karcianka o samolotach bardziej przyciągnie uwagę, gdy narysowana przez znanego rysownika.

Wielokrotnie pisałem, że jestem wzrokowcem, przyciąga mnie wygląd danej pozycji. Często przychodząc do Centrum Gier Pegaz mam okazję chwycić pudełko w dłoń i je dokładnie obejrzeć. Rzecz jasna, z chęcią sięgam po gry, które uznaję za ładne. No i rzecz jasna, że układ i grafika są tak zaprojektowane, żeby przyciągnąć wzrok. Jak wspomniałem: pierwszy kontakt, pierwsze wrażenie, pierwsza opinia już się kroi po rzuceniu okiem na pudełko. Rynek gier planszowych rozrósł się na tyle, że nie jest już niszą przeznaczoną dla zamkniętych w piwnicy nerdów, którzy zachwycają jaka to mechanika nie została zastosowana. Planszówki weszły pod strzechy, są powszechną i coraz modniejszą formą rozgrywki, zatem stało się ważne jak one wyglądają. Osoby, które za bardzo nie znają, co za zabawę one oferują widząc jak wyglądają, wybiorą tę, która im odpowiada pod względem estetycznym. W ten sposób przyciąga się klienta wpycha się do jego mózgu za pomocą oczu informację “Ej, tu jestem, może byś się zainteresował?”. No i ja jestem zdania, że ładne gry lepiej się gra – brudne, brzydkie i szarawe obrazki nie są atrakcyjne, przez co mają mniejsze zainteresowanie. A taka okładka jest już zapowiedzią, co może być w środku, jak przedstawia się oprawa graficzna i jak może prezentować dana gra.

Front prezentuje coś więcej niż wygląd. Już na podstawie tej przedniej ilustracji możemy snuć domysły o danej planszówce. Niech będzie taki Zamek Smoków. Widoczna na przedzie budowla kojarzy się z orientem, z krajem azjatyckim. Znając tytuł wiemy, że to może być zamek. Dodatkowo unosi się nad nim jakiś pradawny gad. Azja. Smok. Myśl od razu biegnie do Chin. Możemy już rozmyślać jaka to epicka przygoda w tym państwie nas spotka, ale dopóki nie zajrzymy do środka lub odwrócimy pudełka nie spostrzeżemy się, że to mahjong. Idealnym przykładem dysonansu pomiędzy tym czym gra jest, a co się wydaje, że oferuje jest dla mnie Splendor. Po tym jak spojrzymy na okładkę widzimy jegomościa badającego kryształ, pewno Włoch, przepych wskazuje na renesans lub barok. Eurogra, w której zarządzamy imperium jubilerskim? No prawie, prosta gra logiczna o zbieraniu klejnotów. Jednakże okładka to nie tylko (przeważnie) sama ilustracja. To również proste informacje, które ona zawiera. Mowa o tekście na przedniej stronie opakowania. To jest bardzo interesujące jak realizowany jest ten element oraz co za sobą niesie. Tutaj już trochę popłynąłem i zaobserwowałem trzy sposoby na prezentowanie dodatkowej treści na froncie. Jak mówiłem, to są moje prywatne dywagacje i przemyślenia, ale biorąc pod uwagę, że już okładka jest chwytem marketingowym, to jednak mogą mieć sens.

Typowym i klasycznym przykładem prezentowania tekstu na okładce jest przedstawienie dość dużym fontem tytułu gry i mniejszą czcionką, autora tej produkcji. Właściwie od tego zaczęły się rozważania na temat okładek, zauważyłem ten sztampowy schemat: małe litery, prosta czcionka dla twórcy i wymyślne logo tytułu gry. Co ciekawe, nazwisko projektanta najczęściej jest na środku okładki, ale zdarza się, że znajduje się ono po lewej lub po prawej. Jako przykłady warto zainteresować się następującymi pozycjami: Ulm, Owocowe opowieści i Szarlatani z Pasikurowic, czyli tytuły, gdzie podpis widnieje po lewej, na środku i po prawej. Zanim odpłynę, to warto zauważyć, że tytuł najczęściej jest podany na jednolitym tle, który nie zasłania okładki. Całkiem niedawno to zauważyłem, ale to ma sens: Szarlatani i Ulm? Czyste, ładne, błękitne niebo. Owocowe opowieści? Zielone, wielkie drzewo. Oczywiście ten zabieg ma na celu konkretnie działanie – aby ilustracja frontowa prezentowała się znakomicie i tytuł był czytelny.

Umieszczenie nazwiska lub nazwisk po lewej jest bardzo rzadkie, praktycznie nie występuje. Dlaczego? Nie mam pojęcia, ale zauważyłem, że jest to tendencja niemieckich wydawnictw, nawet jeżeli oryginalnie okładka jest zaprojektowania inaczej, to niemiecka wersja dostosowuje się do tej zależności – idealnie widać to po moim wydaniu Queendomino, gdzie “Bruno Cathala” jest po lewej nad tytułem zamiast na dole. Myślałem, że znajdę więcej przykładów takiego zagrania, skoro czytałem gdzieś, że ludzki wzrok skupia uwagę, jeżeli coś jest po lewej od niego – dlatego mównicę lepiej ustawić właśnie tam. Chyba najczęściej umieszcza się nazwisko autora na środku i tutaj znów możemy zrobić większy wywód, ale wszystko po kolei. Rzeczywiście naturalnie wzrok biegnie bezpośrednio nad nazwą gry – to wynika przyrównania planszówek do książek, gdzie jest podpisany twórca. I tak naprawdę można mieć inną analogię: w książkach mamy dość duże nazwisko autora, ale zdecydowanie mniejszą nazwę, ale w grach planszowych jest inaczej. Jeżeli innym zabiegiem jest umieszczenie autorów dzieła bezpośrednio pod tytułem danej pozycji jak chociażby w Red7, The Long Road czy Azulu. Wydaje się, że wydawnictwa chcą podkreślić tytuł, co można uznać za dziwny rodzaj anonimowości (o czym kiedyś pisałem). Wiele osób zauważyło też, że częściej zapamiętują nazwę gry lub firmy, która ją wydała niż nazwisko autora. Umieszczenie nazwiska po prawej stronie też jest dość popularne, ale nie wiem czemu akurat w tym miejscu – próbowałem to rozkminić i nic sensownego nie przyszło mi do głowy. Może wy wiecie? I też mnie zastanawia te odwrócenie ról, myślałem że gry Felda, Cathali czy Rosenberga, czy innych cenionych twórców będą promowane swoimi nazwiskami.

Ciekawym ewenementem jest, nie ważne czy nazwisko autora znajduje się nad czy pod tytułem, to doklejanie napisu “A game by”. Zauważyłem to przy okazji serii Century, po polsku ten fragment brzmi po prostu “Autor: “, ale też można spotkać się z wariantami “Gra autorstwa” (jak w Azulu) czy “Autor gry: ” (jak w Gangach Nowego Jorku). I tu sprawnie przechodzimy do innej grupy będąc ciągle w tej samej kategorii prezentacji treści tekstowych na okładce! Informacja na dole. Kingdomino, Zamek Smoków czy Robin Hood – co łączy te tytuły, poza tym że są fajne? To, że mamy przy nazwisku twórcy koło (lub koła) zębate a przy ilustratorze pędzel. No tak, poza projektantem podano również osobę odpowiedzialną za projekt graficzny. I ten jest podawany najczęściej jeżeli napisy są na dole. Natomiast prosta ikonografia (notabene, kojarzy mi się tworami od Blue Orange, ale kilka wydawnictw również stosuje ten chwyt) bezpośrednio rozróżni autora gry od twórcy oprawy. Bywa też opis słowny zamiast symboliki i tak w Gùgōng mamy “projekt: Andreas Stending, ilustracje: Adreas Resch”. Podpis grafika może też mieć różne warianty, jak “Ilustracje”, “Projekt graficzny” czy wręcz “Artysta”.

Napisałem trzy akapity o tym tekście na okładce, a jeszcze nie przeszedłem do drugiej kategorii… Zanim to zrobię warto zwrócić uwagę na pewne kuriozum, jakim była okładka Nehemiasza. Jest to tak dobitnie znana sprawa w środowisku planszówkowym, że zaczęto żartować sobie, że gra nazywa się “Nehemiasz: Łukasz Woźniak”. Dla osób niewtajemniczonych pośpiesznie wyjaśniam: logo gry zostało zaprojektowane w taki sposób, że nieważne gdzie występowało (na zasłonkach, planszetce, itp) nieodłączne było nazwisko autora. Wszędzie był Wookie i wystarczyło nieco lepiej to rozdzielić, aby uniknięto wpadki.

Dobra, sposób prezentowania autora i ilustratora mamy za sobą, ale czasem występuje też jeszcze coś jeszcze poza tym. Krótki opis o czym jest gra. Jest to proste zdanie opisujące dany tytuł, ta tradycja jest znana głównie dzięki Fantasy Flight Games i tak Królewski Namiestnik ma informację, że to gra “machinacji i sprytu dla 2 do 4 osób”, a Eldritch Horror, że to planszówka o “globalnej tajemnicy i grozie dla 1 do 8 graczy”. Ten trend wykorzystał Portal Games (który według mnie lubi wdrażać w swoich tytułach, to co modne) i Osadnicy: Narodziny Imperium jest to “gra karciana, w której zostajesz szefem cywilizacji”. Nie mogę znaleźć na to dowodów, ale wydaje mi się, że w pierwszym nakładzie Splendoru ten tekst brzmiał “gra o budowaniu silniczka do zdobywania punktów” (obecnie nie widnieje żaden napis). Nie będę pomawiał wydawnictwa rebel.pl, ale jeżeli naprawdę taki opis istniał, to dobrze, że z niego zrezygnowano. Ta informacja jest już zapowiedzią czego się spodziewać, o czym jest ta gra, ma zachęcić niezdecydowaną osobę, takiego gracza, którego sama ilustracja nie przemawia, chce znać więcej faktów i zalążek tematyki lub mechaniki czy nawet stylu rozgrywki. Machinacja i spryt? Czyli to wredna rozgrywka, biorę! Tajemnica i groza? Czyli, że horror, to dla mnie! Szef cywilizacji, czyli ekonomiczna/cywilizacyjna – tego szukałem! Budowanie silniczka – ale jakiego, takiego do samochodu? No właśnie, osoba, która czyta taką podpowiedziajkę nie zna się pewno na planszówkach, obce mu są pojęcia znane geekom i nie orientuje się w branży. Przecież nie opiszemy Star Realmsa jako “deckbuilder do trzaskania kombosów”, Sagradę “układanie kostek na siatce” albo Flick ’em upa “pstrykaniem w drążek, aby zbić pionki”. No właśnie… Prędzej “Karcianka o epickim starciu w kosmosie”, “Gra kościana o tworzeniu witraży” oraz “innowacyjna gra o pojedynkach na Dzikim Zachodzie”.

Sprawnie przeszliśmy przez tę kategorię, bo nie ma za dużo o krótkich opisach dywagować – ich przeznaczenie jest jasne, a obecnie chyba ta forma wymiera. Najciekawszą grupę zostawiłem na koniec. A co jeśli Ci powiem, że okładka nie musi mieć w ogóle tekstu? Tak, tak, tak! Będę nawijał o Abyssie. Wspomniana planszówka na froncie ma gębę dziwnego podwodnego stwora. Żadnego nazwiska. Żadnego tytułu. Żadnego tekstu. Liczyłem, że wyznaczy to jakiś nowy trend, bo ta aura tajemniczości jest niezwykle ciekawa. Niestety są nieliczne przypadki, pierwsze wydanie Ataku Zombie, gdzie tylna część jest żartem-karykaturą wydawcy (skoro następne dodruki mają już “tradycyjny” tył, to coś jest na rzeczy) oraz InBetween, gdzie po drugiej stronie mamy alternatywny, mroczny wymiar. Cóż, najpewniej marketingowo takie zagranie wypada najsłabiej, choć taki trik jest dla mnie interesujący. Owszem, w tradycyjnych, stacjonarnych sklepach, gdzie widzimy przód pudełka (choć w dużej mierze większość stoi bokiem) może zainteresować, zaintrygować i wzbudzić chęć poznania informacji i faktów o tym tytule. Poszukując czegoś na internetowych stronach jesteśmy zdecydowani na zakup czegoś konkretnego – raczej nie przeglądamy oferty z myślą “Co by tu kupić?”, no chyba, że jest fajna promocja ;). A że obecnie ta druga forma zakupu nowych nabytków do kolekcji jest bardziej popularna, to po co się męczyć?

Zastanawiałem się czy jakieś okładki planszówek, podobnie jak książki promują bardziej autora niźli samą grę. Poza casus Łukasza Woźniaka w Nehemiaszu za bardzo nie znalazłem takiego przypadku. Są niektóre gry niepodpisane nazwiskiem projektanta na okładce – poza przykładami w powyższym akapicie mogę z głowy wymienić Tajniacy: Bez cenzury (najpewniej Vlaada nie autoryzował tej edycji) czy Tanto Cuore (choć mógł być zapisany alfabetem japońskim). Ale niektóre pozycje dość interesująco do tego podchodzą. Chodzi mi o tytuły oparte na licencji, szczególnie o książki. Weźmy sobie takie Studium w Szmaragdzie: Nazwisko autora noweli, o którą oparto grę (Neil Gaiman) praktycznie taką samą wielkością czcionki, co nazwa planszówki, a niżej drobnicą widnieje “Martin Wallace”. Analogicznie jest z Grą o Tron: przy tytule widać “George R. R. Martin”, natomiast na dole okładki “Autor: Christian T. Petersen”. Akurat tutaj przynajmniej można rozróżnić, kto stworzył świat, a kto grę. Breaking Bad? Tytuł to duży napis, około 1/3 pudełka, który jest żywcem wzięty z logo serialu, a maciupeńko na samym dole twórcy. Narcos? Analogicznie, tylko logo jest nie tak wielkie, a większość frontu zajmuje postać Pablo Escobara. Chociaż tutaj projektanci zostali potraktowani lepiej, bo zapisani czerwonym, wyróżniającym się fontem. Ciekawa sprawa ma się z Ojcem Chrzestnym, gdzie Eric M. Lang, który jest jednak dość znanym twórcą, nie widnieje na dole, ale po lewej stronie nazwy gry. Jest to na tyle dziwne zjawisko, że wiele moich znajomych widząc Gringo, reagowali: “Oooo, Cejrowski zrobił planszówkę!”. A potem dowiadują się, że on tylko promuje ją w swoim nazwiskiem.

Nie chciałem oto męczyć, ale w sumie warto. Osobiście lubię takie zabiegi, więc czemu by nie warto poświęcić kilka słów… Kingdomino, Century czy Wyspa Skye, elementy wspólne? Tak, macie rację, to gry kafelkowe! A nie, chwila nie to (choć Cuda Wschodu pasują do schematu :P)… Inne gry z serii/dodatki łączą się obrazkami. To oczywiście też jest dobry chwyt marketingowy, przypomina nieco zabieg z Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela czy Giganta, gdzie kolejne numery tworzyły wspólny obraz (akurat w tym przypadku na grzbiecie). Podkreśla to jedność gier, wspólne uniwersum, rodzinę czy też serię. Dodaje to też smaczków i wysyp easter eggów. Niestety, i to jest rzadką praktyką, ale już cieszę się, że okładka z dodatku do Kanagawy jest przedłużeniem ilustracji z podstawki.

Kiedy przeglądałem ilustracje frontowe mojej kolekcji, aby poszukać inspiracji i zagłębić się lepiej w temat zacząłem dostrzegać coś więcej niż okładka. Nagle spostrzegłem się, że pudełko ma drugą stronę i tam też są treści, które można analizować. Zdejmujące je z półek wyczułem różne rozmiary i zacząłem zastanawiać skąd się biorą. Przez moją głowę przechodziło milion myśli, ale widząc, że o samych okładkach nabazgrałem tyle tekstu, to nie warto już was męczyć. Konkluzja jest dość prosta: widząc front gry planszowej warto zastanowić się, że to część marketingu i za tym szły konkretne decyzje mające przykuć naszą uwagę.

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.