Skip to main content

5 potknięć Bruna Cathali okiem PowerMilka

Wiadomo, że projektant jest tylko człowiekiem i może zdarzyć mu się pewne potknięcie. Nawet jeżeli uznajemy daną osobę za najlepszego autora na świecie, to znajdziemy w jego twórczości tytuły, które niekoniecznie przypadły nam do gustu. Mimo sporej liczby gier Bruna Cathali w kolekcji nie zagrałem we wszystkie dostatecznie dużą liczbę razy (a część wcale) i było mi ciężko określić słabsze tytuły tego autora. Nie mniej udało się wykrzesać listę tych gorszych pozycji.

Ostriches (recenzja)

Mechanicznie gra jest nawet OK ale to nie jest problem z tym tytułem. Na mechanikę można przymknąć oko – jednak jak wspominałem w recenzji, ten miks warcabów z Maskaradą to całkiem miła gra – największą wadą tej pozycji jest jej wygląd. Zamówiłem planszówkę od wydawcy i dostałem ją po prostu w worku. No takie Dobble, które przechowuje się w puszce zwykle jest zabezpieczona odpowiednim pudełkiem. Powoduje to dwie rzeczy: upewnienie się, że zawartość się nie uszkodzi (w tym opakowanie “właściwie”), a druga sprawa to możliwość odróżnienia używki od nowej gry. Dodatkowo tytuł przetrzymywany jest w woreczku płóciennym. Czemu nie zwykłe pudełko? Tego nie wiem… Zresztą bym nie zwrócił uwagi na ten worek, gdyby nie w porę zobaczyłem nadruk na nim będący swoistym logo tego tytułu. Ach, instrukcja jako wydrukowana kartka papieru spowodowała u mnie ogromny wybuch śmiechu. Zawartość składa się z kilku żetonów oraz płytek planszy. I wyobraźcie sobie, że wydaliście na te cudo kilkanaście euro ;) A graficznie to też kupa… Polecam zajrzeć do recenzji, bo nie szczędzę słów na opis tej abominacji. Ech, poczułem się oskubany, dobrze, że rozgrywka troszkę zbywa ten niesmak. Bez wątpienia to najbrzydsza planszówka w jaką grałem. Nieco lepsza grafika i wydanie w formie print&play lepiej przysłużyłoby się temu tytułowi.

Button up! (recenzja)

Można dostać szoku, widząc że w środku są naprawdę guziki, większa część elementów to one. Cóż… wykonanie gry to pewno koszt kilkunastu złotych i można zrobić samemu. Jednak to tym razem mechanika jest bolączką. OK, to jedna z wczesnych gier tego francuskiego projektanta, więc jest jakieś usprawiedliwienie. Tytuł mega prosty, dynamizm i szybkość to pewna zaleta, ale system liczenia punktów jest śmieszny. Doprowadza do sytuacji, że tak naprawdę ostatnie ruchy mają znaczenie, a to oznacza, że ta forma rozgrywki szybko się znudzi.

Jamaica

Och, grałem raz, ale i tak warto dać na listę ;). Widzę, że ta gra przeważnie zbiera dobre opinie, jednak nie w moim gronie znajomych. Co więcej, sam nie pałam optymizmem na myśl o tej pozycji – a w czasie rozgrywki sprawdzałem ze trzy razy czy na pewno wśród autorów jest wymieniony Bruno Cathala. Na tyle ciężko było mi się zebrać po tej jednej partii, że jak na razie nie zagrałem drugi raz, a dodatek leży zafoliowany. Skąd taki obrót spraw? Mianowicie to gra typu roll & move, której najbardziej popularnym przedstawicielem tej grupy jest chińczyk. Owszem, posiada pewne interesujące rozwiązania, które powodują, że to nie jest typowa gra z tego gatunku (jak chociażby zbieranie surowców. I nie, nie jak w Grzybobraniu), niemniej ostatecznie wszystko się sprowadza do takiego “chińczykowania”. Po rzucie kostkami decydujemy się, którą kartę chcemy zagrać (mamy trzy na raz na ręce), a ta pokazuje dwie akcje, które wykonujemy. Pierwsza z nich jest powiązana z pierwszą kostką, a zaś druga… no z drugą ;). Przez kiepskie wyniki oraz słabe posiadane karty nie raz nasza tura może przebiegać nieciekawie. Dodatkowo w czasie ataku może wystąpić wynik, który powoduje natychmiastową wygraną/porażkę. Jeżeli ktoś chciał wzmocnić rzut przez proch, a oponent obronił się przed dobrym rzutem za pomocą “gwiazdki”, to żetony przepadają… No nie wiem, może i to dobra gra rodzinna, ale jakoś nie widzę, żeby ktoś czerpał przyjemność z niezbyt dobrych wyborów, czy natychmiastowej przegranej.

Mały Książe: Droga do gwiazd

Mały Książe: Zbuduj mi planetę to ceniona gra rodzinna autorstwa Antoine’a Bauzy i Bruna Cathali. Zatem co mogło pójść nie tak przy swoistej “kontynuacji” tej pozycji? No cóż, określana jest przez moich znajomych jako “chińczyk na kartach”, więc znowu wracamy do mechaniki poruszania się po planszy i dochodzenia do celu i niestety również tutaj ona zawodzi. Tak wiem, że i poprzednia część tej gry miała negatywną interakcję, ale w tej pozycji ta powoduje pozbawienie możliwości ruchu, a ostatecznie wygranej. Zdawanie się na taki los jest kiepskie w przeciwieństwie do polegania na (nie)łasce przeciwników.

Pocket Madness (recenzja)

Ludovic Maublanc i Bruno Cathala chyba przyjęli zbyt dosłownie temat mitów Cthulhu, więc stracili poczytalność przy projektowaniu tej planszówki. I wyszło, co wyszło. Rozgrywka przeciąga się niemiłosiernie przez ciągłe tasowanie i tasowanie. Dodatkowo nie da się czegokolwiek zaplanować, ponieważ przez możliwość wzięcia 1-3 kart daje dużą rozpiętość w potencjalnych ruchach. Najśmieszniejsze jest to, że gra kończy się, kiedy ktoś zdobędzie 10 punktów szaleństwa ale istnieje możliwość leczenia się z nich, więc zdarzała się nieraz sytuacja, że ktoś przy 8-9 znacznikach uleczył się mając 4-5 ostatecznie. Takie sztuczne i niepotrzebne przedłużanie rozgrywki przy masakrycznej losowości i niewiadomej dalszego działania nie ma sensu. To mała gra karciana, więc partia powinna trwać co najwyżej 20 minut. To jedna z nielicznych gier, a na pewno jedyna autorstwa Bruna Cathali, przy której przerwałem partię…

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.