Skip to main content

Pogromcy Potworów – Klep go!

Cóż, kiedy wyjaśniam znajomym co to za gra to mówię, że to takie połączenie Dobble, Jungle Speeda i Gorączki Podziemnej Mocy. Już na tę kombinację pojawia się uśmiech, a w czasie dalszej zabawy zmienia się on w gromki śmiech.

Komuś brakuje klepki…

Okładka przedstawia całkiem milutkiego stworka, pewno jego niebieskie futerko jest dość mięciutkie. Widzicie, jest tak uroczy, że na samą myśl piszę już samymi zdrobnieniami. Skoro tak niewinnie wygląda, to dlaczego chcemy te potwory pogromić? No właśnie z powodu ich uroku: są tak słodkie, że wszyscy w królestwie są zachwyceni ich wyglądem, który odrywa ich od codziennych obowiązków. Szata graficzna jest bardzo ładna, większość istot, na jakie się natkniemy jest rzeczywiście urocza (nawet znienawidzone przeze mnie pająki), choć do tego grzybopodobnego miałbym pewne zastrzeżenia. Skoro ilustracje są tak urocze, a stwory raczej śmieszą niźli straszą, to spokojnie można uznać tę pozycję za grę rodzinną – mechanicznie też trudne nie jest, więc młodsi pewno ogarną zasady. Komponenty to jedynie dwie talie kart: potworów i przedmiotów do ich pokonania. Cóż, nie mogę się przyczepić do jakości wydania, wszystko wydaje się być solidne, symbole duże i czytelne, a ilustracje zachęcające do zabawy. Ach, właśnie! Nieco się zdziwiłem, że Tomek Larek jest autorem oprawy graficznej, choć dało się nieco wyczuć jego styl. Przede wszystkim nie dowierzałem dlatego, że ten artysta jest znany z polskich produkcji, ale dobrze wiedzieć, że oryginalny wydawca również zainteresował się nim.

Karty potworów dzielimy na trzy, w miarę równe stosy i wykładamy po jednym potworze. Natomiast ekwipunek dzielimy na liczbę graczy (również metodą “na oko”). Każdy po kolei będzie wykładał wierzchnią kartę broni lub czaru, w ten sposób by reszta graczy widziała ją (zupełnie jak w Jungle Speedzie!). Przy czym jeżeli następuje znowu nasza kolej i mamy coś przed sobą, to nie zasłaniamy poprzedniego przedmiotu, ale kładziemy obok. Każdy potwór ma wyrysowane symbole potrzebne do jego przegonienia. Jeżeli uważamy że wśród wszystkich przedmiotów na stole mamy potrzebną liczbę symboli, to przyklepujemy potwora. Mieliśmy rację? To bierzemy kartę. Nie? Również bierzemy, ale odwracamy ją (jest warta -1 punkt na koniec). Kilka osób rzuciło się na potwora? Sprawdzamy kto ma rękę niżej. Nadal nie rozstrzygnięto sporu? To bierze ta osoba, która większą część dłoni na nim. Gracze klepnęli dwa różne stwory? Osoba, która przykryła potwora o wyższym numerze wygrywa pojedynek (oczywiście może się zdarzyć, że nie mamy wszystkich symboli). Niezależnie od wyniku każdy sprząta swoje karty i kładzie je na spód talii. Wykładamy potwora ze stosu, przy którym był poprzedni. Nie ma już żadnej karty w tym stosie? Koniec gry! Zliczamy punkty (liczba przy potworze oraz ujemne za pomyłki), kto ma ich najwięcej wygrał partię.

Przyklepane!

Rozgrywka jest bardzo wesoła i daje niesamowicie dużo frajdy. Uwielbiam moment jak praktycznie każdego potwora można już uderzyć, jednak brakuje jednego konkretnego symbolu. Wtedy każdy w napięciu czeka na konkretną kartą robiąc przy tym nerwowe podrygi. Bywa, że ktoś nie wytrzymuje tej atmosfery i w nerwach położy dłoń na stworze. Lub wystąpi czasem zmyłka w postaci zepsutej broni i nieudanego czaru (wygląda jak symbol podstawowy, ale jest pęknięty, a w rogu mamy przekreślenie. Ten symbol się nie liczy), wtedy też zdarza się, że ktoś z emocji się rzuci na karty. Emocje, emocje i jeszcze raz emocje, to jest sedno tego tytułu.

Czasem wystąpią sytuacje sporne, które tylko podsycają atmosferę. Z początku wkurzałem się, że nie bierze się kilku potworów, gdy został upolowany więcej niż jeden. Potem zacząłem zwracać uwagę na wynik tych incydentów. Otóż, przeważnie wyższą wartość ma potwór mający więcej symboli lub są one bardziej różnorodne. Poza tym dość często zdarza się pomyłka, oczywiście jeżeli jeden grać się pomyli, a drugi nie, a ten pierwszy uderzył kartę z większą liczbą, to te uderzenie jest wiążące. Zatem mimo początkowego buntu widząc jak działa to rozwiązanie w praktyce, jestem z niego zadowolony.

Gra jest przeznaczona dla 2-8 uczestników zabawy i tak naprawdę nasze wrażenia mogą być różne w zależności od tego, co oczekujemy od tej formy zabawy. Im mniej osób, tym mamy większą kontrolę nad tym, co się dzieje na stole, ale jeżeli mamy gorszy refleks, to ta dysproporcja będzie się bardziej uwidaczniać. Z kolei im więcej osób, tym większy chaos, więc czasem można pogubić się w symbolach, które są już wystawione. Zdarza się, że ktoś ze słabszym refleksem w tym zamieszaniu zdobył punkt. Dodatkowo całkiem miłe jest zdumienie kiedy na stole pojawi się joker: mała zawiecha, szybka kalkulacja i… Nie zawsze dobrze podjęta decyzja. Poza tym gra dostosowuje liczbę kart w zależności od wariantu osobowego, więc czas partii może się różnić przy innej liczbie graczy.

Nie jestem pewien, czy to jest do końca zgodne z zasadami, ale skoro mamy jokery i zepsuty ekwipunek, to uznaliśmy to za dobry motyw do podpuszczania przeciwników. Kiedy na stole pojawi się zbliżona liczba przedmiotów potrzebnych do pokonania potwora, ktoś wyciąga rękę i natychmiast cofa ją. Zdarza się, że jakiś gracz łapie się na tę tanią zagrywkę. Poza tym często miało miejsce przedłużanie zabawy, widzimy, że gdzieś jest mniej kart, ale można przegonić innego stwora, to łupiemy w niego, aby rozgrywka trwała dłużej. W innym przypadku gracze głośno komentują jakiego symbolu brakuje, czekając w napięciu na ten właściwy, więc łatwiej nam skupić uwagę na potworach do ubicia. Poza tym to kolejny sposób na zmyłkę: możemy blefować i bardziej spostrzegawczy już podejmują trop usilnie twierdząc, że brakuje topora, gdy tak naprawdę nie ma miecza. Wtedy mniej zorientowany może nabrać się na tę podpuchę (ja się nabierałem).

Muszę poinformować uprzedzonych: to nie jest tylko gra dla dzieci. Kiedy pierwszy raz wziąłem tę grę do testów, to rozegrana została w gronie czterech dorosłych facetów. I świetnie się bawiliśmy! Oczywiście gra, która opiera się na refleksie i spostrzegawczości nie każdemu podejdzie, ale jakiś napój na odwagę powinien rozwiązać problem. No w przypadku dzieci jest inaczej, ale to właśnie ten typ zabawy, w której pociechy będą ogrywać dorosłych.

Udane łowy, biedy klepać nie będę

Pogromcy potworów to rzeczywiście mały miks wspomnianych we wstępie gier. Jeżeli lubicie gry imprezowe, szczególnie te, w których ważna jest spostrzegawczość i refleks, to pozycja jest obowiązkowa. W czasie partii występuje wiele śmiesznych sytuacji, pamiętam jak prawie pod koniec gry kolega skomentował: “Nie zdobyłem ani jednego potwora, a i tak nie jestem ostatni”. No nie był, bowiem to ja miałem -3 punkty ;).

Plusy:

  • kompaktowe wydanie z ładną szatą graficzną
  • szerokie grono odbiorców
  • dobra skalowalność i regrywalność
  • w czasie partii występują zabawne sytuacje
  • dobre rozwiązania spornych sytuacji

Minusy:

  • mały chaos przy większej liczbie graczy

Dziękuję wydawnictwu FoxGames za przekazanie egzemplarza do recenzji

Wydawnictwo FoxGames

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.