Skip to main content

Łupieżcy – Gdy Rigora nie ma w domu, to koty harcują

Mroczny Władca nie ma łatwego życia, jak go gobliny nie okłamują, to ktoś okrada (w komiksach zwykle to drugie jest głównym motywem). Również w Łupieżcach będziemy chcieli nieco opróżnić skarbiec pod nieobecność Rigora Mortisa. Cóż oferuje nam ta zabawna imprezówka? Zapraszam do przeczytania tekstu.

Skarbiec pełny? Nie na długo!

Okładka przedstawia Rigora, który akurat przyłapał swoich sługusów na wykradaniu kosztowności z jego posiadłości. Szata graficzna nie różni się od komiksów i innych gier z tego uniwersum – jest przyjemna, miła dla oka i ma w sobie coś z kreskówkowego stylu. Niewielki format pudełka ułatwia transport gry, łatwo znaleźć miejsce w plecaku lub w torbie. W środku znajdziemy karty tytułowych łupieżców, portret Rigora Mortisa (4 karty), kości i garść znaczników: życia oraz łupów. Elementy są prosto wykonane, ale mają coś w sobie. Może to ten minimalizm? Może ładna realizacja komponentów? No cóż, po prostu wszystko elegancko się prezentuje na stole. Karty nie tylko mają świetne rysunki, ale zawierają solidną dawkę humoru – praktycznie każda jakieś odwołanie do popkultury lub zabawne nawiązanie do słowa “kot”. Oczywiście niektóre postacie, jak chociażby Romulus, są typowymi przedstawicielami tego uniwersum, więc nie budzą żadnych interesujących skojarzeń, ale ci zwykle mają dodatkowy flavor text, który powinien budzić uśmiech. Coś w danym tytule jest przyciągającego, więc wykonanie oraz szata graficzna jak najbardziej na plus. Dodatkowo moja znajoma pokazała mi sprytny sposób przyszykowania gry: każdy rodzaj znaczników trzymamy w osobnych komorach, zaś karty kładziemy na przegrodzie. Proste? No ba, a w dodatku szybko jesteśmy gotowi do zabawy i łatwo porządkujemy po niej.

Ostatnimi czasy pomijam opis setupu, ale jest mega szybki , więc pozwolę sobie na kilka słów w tej dziedzinie. Pierwszy gracz bierze 3 karty, reszta po 4. Dzielimy karty na dwie kupki, w jedną z nich wtasujemy portrety Rigora Mortisa – to będzie ta dolna część talii, więc drugą połowę kładziemy na nią. I już! Tura każdego gracza składa się z czterech faz. Pierwsza to rekrutacja, w której zagrywamy kartę z ręki albo dobieramy nową z talii. Następnie aktywujemy każdego posiadanego łupieżcę wybierając dla niego jedną z akcji: szukanie łupu (kradzież ze skarbca), atakowanie postaci (rywala lub swojej) lub zastosowanie efektu zdolności specjalnej. Szukanie i atak wygląda analogiczne: rzucamy tyloma kośćmi, ile mamy życia – jeżeli wynik jest równy lub niższy od naszej mocy, to zakończyliśmy tę czynność z sukcesem: za każdą kostkę z odpowiednią liczbą oczek zabieramy monetę lub zadajemy obrażenia. Druga faza rekrutacji przebiega tak samo jak pierwsza, a ostatnie co robimy w turze to odrzucamy łupieżców w grze, by mieć ich trzech (oczywiście jeżeli mamy ich nadmiar). Jeżeli ktoś zdobył wymaganą liczbę monet (zależne od liczby graczy) natychmiast wygrywa. Rozgrywka kończy się również kiedy wejdą 4 karty obrazu Rigora Mortisa, wtedy zwycięzcą jest osoba mająca najwięcej łupów.

Trzeba by ty kogoś obskubać

Choć tytuł jest prosty, to w instrukcji znaleźć można kilka nieścisłości dotyczących jedynie rozbieżności opisów na kartach i w spisie zasad. Chociażby zdolność kradzieży – karta pomocy mówi, że zabieramy monetę od PRZECIWNIKA mającego najwięcej łupów. Zatem skoro ja mam ich najwięcej, to mogę okraść gracza, który jest drugi w kolejności po mnie, nie? No właśnie nie, bo jak byk w FAQ-u jest napisane że skoro ja mam największą liczbę łupów, to nie mogę użyć tej zdolności. Podobnie jest z umiejętnością zwaną “Prowokacja”, ale to jest sytuacja odwrotna. Na karcie pomocy sformułowało ją tak, że działa jeżeli KTOKOLWIEK atakuje lub używa zdolności specjalnej na naszym łupieżcy. Miałem taką sytuację, że ktoś wystawił mi Gryzeldę – nie mogę robić akcji przeszukiwania i kradzieży, dopóki jest u mnie. No to chlast, już chcę ją ukatrupić Leonem, ale ktoś mi zwrócił uwagę: ale chwila, chwila, tu Kotsumoto ma zdolność prowokacji. No szybkie sprawdzenie w instrukcji i co? Zdolność działa przeciwko postaciom rywala. O ile co do prowokacji ma to sens, bo po co mieć pod górkę przez zagrania innych graczy? Natomiast w przypadku kradzieży, lepiej jakby ten efekt działał na przeciwnika. Przynajmniej ma to sens na dwie osoby, bowiem mając najwięcej łupów opłaca nam się zagrywać takich łupieżców, a na rękę nam się trafić taka, a nie inna postać.

Skoro już oklepałem tę smutną część, to teraz zapnijcie pasy, bo zacznie się rollercoaster zachwytów nad tą grą. Jest to naprawdę zabawna i genialna imprezówka, która całkowicie trafiła w moje gusta. Jestem świadom jej wad, ale o tym później. Wybaczcie te peany na cześć wydawnictwa, ale Black Monk zwykle ma nosa do dobrych gier imprezowych – seria Munchkin (ta mi się przejadła), VuDu, czy Rosyjska Ruletka: Mistrzostwa Świata to rozpoznawalne tytuły w tym gatunku, ale po testach śmiało mogę powiedzieć, że Łupieżcy powinni wejść do czołówki pozycji określanych mianem party game.

Przede wszystkim taki stan rzeczy wynika z prostej mechaniki pełnej negatywnych zagrywek i sytuacyjnego humoru. Ktoś wspomniał w czasie testów, że “taki właśnie powinien być Munchkin“. Podpisuję się wszystkimi możliwymi kończynami pod tym zdaniem. Dlaczego? Otóż wbijanie noża w plecy przeciwnikom i śmieszki z tego faktu to domena wspomnianej serii karcianej parodii. Również i w Łupieżcach mamy ciekawe nawiązania do popkultury, ale co czyni tę grę lepszą, to dynamizm rozgrywki. Kojarzycie ten motyw z Munchkina jak ktoś jest blisko 10. poziomu? Wszyscy zagrywają na niego najcięższe działa, aby nie wygrał, a potem ktoś inny jest blisko wygranej i sytuacja się powtarza kończąc się najpewniej tym, że wszyscy wypstrykają się z najlepszych kart, więc wygrywa osoba, która spotkała jakiegoś potwora na niskim poziomie. Natomiast w recenzowanej pozycji nie natkniemy się na takie przepychanki, bo Rigor Mortis ukróci takie zabawy, więc pewno te blokady nie będą z korzyścią dla żadnego gracza. A też nie powinna zdarzyć się sytuacja, że nie mamy jak się odkuć, bo poświęcimy pewno którąś z faz rekrutacji na dobranie.

Choć może to “głupi i losowy” tytuł, to jednak można znaleźć parę elementów strategii, kombinowania i tworzenia łańcuchów akcji. Objawia się to chociażby faktem, że ma znaczenie nawet w jakiej kolejności zagramy naszych łupieżców, nie mówiąc już o aktywowaniu ich. Natomiast kombo można stworzyć już zagrywając jakąś kartę: o, na przykład wykładamy Miaudalfa, który w momencie rekrutacji wchodzi z inną kartą z ręki, chociażby z Kotterfieldem mający zdolność przywrócenia postaci z cmentarza, a jeżeli będzie to Fiki-Miki, który cofa na rękę bohatera i zagrywa go jeszcze raz (w praktyce oznacza, że umiejętność “rekrutacja” działa dwa razy), możemy mieć przed sobą 4 karty. Myślicie, że daję jakiś zmyślony przykład? Akurat ten dosyć często występował w naszych partiach. Wiele zależy od tego jak wykorzystamy potencjał płynący z dostępnych postaci.

Warto pamiętać, jeżeli będziemy tak szastać kombosami i dobrymi rzutami, to przeciwnicy nie pozostaną nam dłużni. Będą atakować, okradać, blokować (czy to Gryzeldą, Popielem czy podmianka z Niemiałem) i robić wszystko jak co tylko możliwe, abyśmy mieli pod górkę. W kryzysowych sytuacjach sięgnie się po broń ostatecznego rozpindolenia jaką jest Krak’sa czy Nikotas Flamel, czyli możliwość pozbycia się wszystkich łupieżców ze stołu. Im bardziej będziemy fikać, tym bardziej pewne, że ktoś się nam odgryzie i będziemy napędzać spiralę wzajemnej nienawiści. Zupełnie jak w każdej grze, gdzie negatywna interakcja jest sednem zabawy. A po partii będziemy wspominać te kombosy z uśmiechami.

Zdziwiłem się, że gra zaskakująco dobrze chodzi już na dwie osoby. Owszem, ma się do wyboru tylko jeden cel, ale robi dobre pierwsze wrażenie. Pewno 3-4 partie w takim wariancie i niezbyt chętnie będziemy wracać do niego, bo najwięcej możliwości pokazuje zabawa w większym gronie. Optymalnie jest na 4 graczy, bo występuje równie wysokie prawdopodobieństwo pojawienia się Rigora, co zakończenia przez kradzież. Na 6 – czyli maksymalna opcja osobowa – ma się wrażenie, że ledwo się zaczęło i już koniec. Krótki czas gry, dynamiczna rozgrywka oraz prosty setup wyzwala w wielu przypadkach syndrom “jeszcze jednego rozdania”. A skoro zabawa jest ciekawa, to czemu nie skorzystać? Zwłaszcza, że inne ułożenie łupieżców to inne pomysły na zagrania i wbijanie noża w plecy. Będziemy inaczej kombinować, inaczej uzyskiwać cel, inaczej przeszkadzać.

Osobiście ten aspekt mnie nie rusza, ale byłoby to niesprawiedliwe, gdybym o tym nie wspomniał. Wiele czynników jest kwestią przypadku – nieważne jak dobry mamy plan i jak kombinujemy przyjdzie taki moment, że musimy zdać się na los; nie ma znaczenia czy to będzie wyciągnięcie odpowiedniej karty czy uzależnienie od dobrego rzutu. To jak nam idzie może być podyktowane tym, co mają przeciwnicy oraz jak im się powodzi. Dla mnie to śmieszna imprezówka, więc liczy się frajda i humor płynący z tych zabawnych sytuacji, więc totalnie mi nie przeszkadza, że dzielił mnie jeden porządny rzut od zwycięstwa, a jednak wygrała osoba, która nagle dostała zastrzyk szczęścia i wyturlała najlepsze możliwe wyniki, choć całą grę miała pecha.

Okraść go czy może kropnąć?

Łupieżcy to świetna gra imprezowa dostarczająca mnóstwa frajdy. Humor oparty na negatywnej interakcji, sytuacjach z tym związanych i nawiązaniach do popkultury dobrze się sprawdza czyniąc tą pozycję bardzo zabawną i dający dobry feeling z rozgrywki. Gra imprezowa ma przede wszystkim bawić, a tej się udaje. A że jest przy okazji mocno losowa? No i co z tego?

Plusy:

  • przyjemna szata graficzna i wykonanie
  • proste zasady
  • zabawne nawiązania do popkulturowych postaci
  • humor sytuacyjny wynikający z negatywnej interakcji
  • ciekawy aspekt kombinacyjny
  • dobrze skonstruowana regrywalność i skalowalność

Minusy:

  • mała nieścisłość między kartami pomocy, a zasadami
  • niektórym (mnie nie) może przeszkadzać losowość

Dziękuję wydawnictwu Black Monk za przekazanie egzemplarza do recenzji

Wydawnictwo Black Monk

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.