Skip to main content

A kysz! – …z tą grą

NSKN Games stworzyło spółkę-córkę nazwaną Strawberry Studio, w której powstają małe gry familijne. Szczerze? Przyznam, że żadna produkcja tego wydawnictwa nie trafiła w moje gusta – najbardziej No co tam?, ale i tak oceniam tę pozycję jako średnią. Liczyłem, że najnowsza gra, czyli A kysz!, to zmieni. Jakże się myliłem.

Straszna gra

Na wstępie zaznaczam, że nie będę wypowiadał się pochlebnie o tym tytule. Niestety, jest niewiele elementów, które uznaję za dobre. Nawet napisałem do Wojciecha Rzadka, aby się upewnić czy została wydana jeszcze za jego kadencji czy to już pomysł Michała Hermana (Michale, wiem, że czytasz moje teksty, więc mam nadzieję, że nie pomyślisz, że uznaję ciebie za gorszego researchera i wydawcę!). Zacznijmy tradycyjnie od okładki. Jeżeli znacie charakterystyczny styl Magdaleny Markowskiej z innych produkcji tego studia, to pewno wiecie, że jest styl graficzny jest bardzo ładny. Owszem, nie mogę zarzucić sposobu jaki zostały narysowane zwierzaczki, ale mam wielki zarzut co do tego jak zostały przedstawione. Jest to tytuł, w którym przerażonymi zwierzakami będziemy straszyć inne przerażone zwierzęta. Więc te wyglądają na zmaltretowane, żyjące w wiecznym strachu, nieznające pokoju. I gdybym jeszcze ja tak to widział, to bym uznał, że coś ze mną jest nie tak. Każdy, ale absolutnie każdy tester, który ogrywał ten tytuł ze mną uznał te rysunki za niepokojące. Owszem dorośli często szukają problemów tam gdzie ich nie ma, szczególnie jeżeli chodzi o swoje pociechy, ale nie miałem sumienia, aby pokazywać tę grę dzieciom. Wystarczy, że Bim Bamm! była dla nic dziwna więc mogę spodziewać się reakcji. Niewielkie pudełko skrywa sobie talię kart, zatem kompaktowa pozycja, nie powinniśmy mieć problemów z transportem. Również wykonanie jest na przyzwoitym poziomie i nie mam większych zarzutów.

Mechanika jest nieco oparta na “papier, kamień i nożyczki”, bowiem mamy pewną zasadę straszenia: pies straszy kota, kot straszy mysz, mysz straszy słonia, a słoń psa. Na początku rozgrywki otrzymujemy kartę ze zwierzem oraz kolorem – chcemy, aby tych na koniec gry było najwięcej. W swojej turze wybieramy co zostanie usunięte, usunięta, czyli które zwierzę będzie przestraszone – musi z nim sąsiadować karta zgodna z wspomnianą wyżej zasadą. Rozgrywka się kończy po usunięciu jednej kolumny, odkrywamy nasze cele i punktujemy za pozostałe karty na stole: 1 za każdy kolor, który posiadamy oraz 1 za zwierzę.

Nie bój się myszy

Trzeba grę pochwalić za kilka ciekawych wariantów – i najpewniej będą to ostatnie pozytywne słowa w stronę tej pozycji. Nie miałem okazji rozgrywać drużynowo omawianą karciankę, bowiem ostatnio znalezienie więcej niż 4 graczy to u mnie problem, ale domyślam się jak działa. Nie mniej fakt posiadania trybu solo jest dla mnie zawsze w cenie, zwłaszcza że oba (tak, są dwa warianty to rozgrywki jednoosobowej) są niełatwe do wygrania. Niby jest to pasjansowa rozgrywka, ale sprytnie skonstruowana, szczególnie jeżeli losujemy karty celu i chcemy doprowadzić, aby tylko jedno zwierzę konkretnego koloru zostało na stole.

Natomiast podstawowe zasady, nazywane często przeze mnie wariantem familijnym omijałbym szerokim łukiem, nawet grając z dziećmi – zasady trybu eksperckiego nie są takie trudne. Skąd takie radykalne podejście? Bo można skończyć go w dosłownie 4 ruchach. Kiedy pierwszy raz zagrałem, to zauważyłem tę przypadłość. Pomyślałem: “Kolumna ma jedynie 4 karty, więc zacznę zabierać z tej, gdzie już nie ma jednego zwierza i zobaczymy co wyjdzie”. Współgracze widząc, co robię pochwycili trop i szybko zakończyła się partia. Owszem, nie zawsze jest takie ułożenie, aby tak prędko zakończyć. A może wam się wydawać, po co w ogóle rozgrywać tak, aby doprowadzić do szybkiego końca partii? No właśnie. Jakie jest większe prawdopodobieństwo zdobycia dużej liczby punktów: kiedy kart będzie mniej czy więcej? Zatem po co kombinować jak przeciwników pozbawić punktów, skoro można przecież błyskawicznie skończyć rozgrywkę.

Dodatkowo chciałbym zauważyć, że mechanicznie również szczególnie mi się nie spodobało. Ot, takie przesuwanie. Gdyby jeszcze za tym szła jakaś głębia, gra nad stołem, blef i tym podobne, to by było fajnie. Możecie powiedzieć: no, ale chyba o to chodzi, aby nie zdradzić swój zestaw? Niby tak, ale skoro te zwierzę i ten kolor da nam punkty na koniec, po się ukrywać. Wystarczy, że nie tykamy kart spełniających kryteria naszego celu, a wtedy zawsze odrzucamy te przeciwnika. Zatem nie ma w tej grze żadnej strategii, planowania, kombinowania. Nawet nie widzę aspektu edukacyjnego.

Skoro tak jest skonstruowana gra, to ciężko mówić o jakiejś losowości – działanie przeciwnika nie wpisują się według mnie do tego czynnika. Logiczne, że każdy chce dla siebie jak najlepiej, aby to robić należy szkodzić innym. Taki interesujący rodzaj interakcji. Skalowalna jest, nie powiem – używamy wszystkich kart na stole, ale nie celu, ale nie wpływa to w znaczący sposób na czas gry. Regrywalność to kwestia dyskusyjna, teoretycznie wszystkie czynniki świadczą, że partie będą różne od siebie, ale samemu nie umiem przekonać się do rozgrywki. Może jako filler, szybka gra na zakończenie dnia lub zajęcie czymś malucha – oczywiście jeżeli ktoś będzie chciał ją dać dziecku ze względów estetycznych.

Jednak wróćmy do przerażonych zwierząt. Na stronie wydawcy widnieje informacja dlaczego A kysz! powinno przypaść dzieciom i jednym z punktów to “prześliczne ilustracje słodkich zwierzaków”. Autentycznie zdziwiłem się jak rysunki wiecznie przerażonych zwierząt można uznać za słodkie, aż nie wierzyłem, że to czytałem. Wcześniej FoxGames miał na pieńku z grupą tak zwanych “obrońców zwierząt”, czyli Fundacją Viva!, a sprawa dotyczyła Skupu Żywca i nieprawdziwego obrazu targów żywca. O ile tamta sprawa to wrzask fanatyków i sam ją potępiałem, o tyle zrozumiem działanie obrońców zwierząt w tej sprawie.

No bo jaki z tego przykład płynie? Moja koleżanka widząc rysunki wzywała do bojkotu i potężnych akcji przeciw temu tytułowi – sam uważam to za przesadę, ale jak wspomniałem wcześniej: rozumiem skąd taka chęć wojowania. Skoro zwierzęta są straszone przez inne i żyją w wiecznym przerażeniu, to co to za różnica, jak my będziemy je maltretować? Jaki buduje to światopogląd? Że życie “braci mniejszych” jest przepełnione strachem? Nie płynie z tego żadna nauka o szanowaniu zwierząt. Natomiast nawiązując do wspomnianego zdania promocyjnego, to inna osoba stwierdziła, że jeżeli jakieś dziecko uważałoby przedstawione zwierzaczki za słodkie, to by sprawdził u psychologa czy wszystko z nim w porządku. Też uważam takie działanie za przesadę, nie mniej niepokoiłoby mnie gdyby moja pociecha uznała, że przerażone zwierzęta są słodkie.

Idź strasz gdzieś indziej

Delikatnie mówiąc, gra A kysz! nie trafiła do mnie. Sprawdziłem nawet opinie na stronie Empiku – jedna, maksymalna ocena i to od recenzenta (i to takiego, że nie spodziewałem się innej). Przejrzałem recenzje i wrażenia w Internecie i wszyscy są zachwyceni, zwracając uwagę na piękne obrazki – nieważne czy to blog (a ci, których czytałem są rodzicami) czy serwis parentingowy. Daleki jestem od snucia teorii spiskowych, posiadania kompleksu Boga uznając, że tylko ja mam rację czy zarzucania innym nierzetelności, zatem uczciwe będzie uznać, że to nie jest gra dla mnie.

Plusy:

  • wiele wariantów gry
  • dobra skalowalność i względnie regrywalność
  • bardzo ładny styl graficzny…

Minusy:

  • …który przedstawia przerażone zwierzęta
  • czyli zwierzęta żyjące w ciągłym strachu straszą inne zwierzęta w ciągłym strachu
  • bezsensowny wariant podstawowy
  • mechanika tak skonstruowana, że nie ma znaczenia kto wygra: nie ma wpływu na ruch przeciwnika,
  • brak strategii, możliwości planowania

Dziękuję wydawnictwu FoxGames za przekazanie egzemplarza do recenzji

Wydawnictwo FoxGames

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.