Skip to main content

Forever alone, czyli rzecz o graniu w planszówki w pojedynkę

I am lonely lonely lonely
I am lonely lonely in my life
I am lonely lonely lonely
God help me help me to survive!
Nana, Lonely

Na początku mojej przygody z grami planszowymi nie wyobrażałem sobie, żeby rozgrywać je w trybie dla jednego gracza. Sądziłem, że ten jest przygotowany z myślą o smutnych i samotnych osobach niemających przyjaciół. Obecnie coraz częściej zaglądam do gier z trybem solo. Zastanawiam co przez ten czas zmieniło się. Może nagle stałem się osobą ze wspomnianej grupy docelowej? A może jednak warto grać w planszówki w pojedynkę? Staram się poruszyć ten temat w poniższym tekście.

Zacznę od tego, że samemu gram raczej w małe gry. Kiedyś rozłożyłem sobie do recenzji Pola Arle, po czym stwierdziłem że nie mam chęci rozegrać partii, więc zostawiłem ją w spokoju. Tak przeleżało 2-3 dni, a potem schowałem grę do pudełka, aby ostatecznie rozegrać ją solo dnia następnego. Duże, ciężkie planszówki z długim czasem przygotowania wolę jednak grać z kimś. Znajdzie się dodatkowa para rąk do pomocy przy sprzątaniu, a jak rozgrywka męczy, to przynajmniej można pogadać czy pośmiać się. Trochę na ten temat rozmawiałem ze znajomymi i będę wplatał ich opinie w tekst, o ile jakiś aspekt się różni w poruszanym akapicie lub jest podobny, ale nie do końca :).

Mam właśnie wrażenie, że tytuły przeznaczone bezpośrednio dla jednego gracza nie są monstrualnymi pozycjami. Piętaszek, Onirim, SUPERHOT: Gra karciana, czy Hostage Negotiator to niewielkie karcianki, które szybko się wykłada i dość krótko gra. Owszem, reprezentanci serii Oniverse oraz SUPERHOT są przeznaczone nie tylko dla jednego gracza, ale mamy tutaj raczej odwrócenie standardu: to rozgrywka solowa jest korzeniem mechaniki, a inne tryby są dodatkiem. Właśnie większość znajomych stwierdziła, że zasiądą do partii jeżeli tryb jednoosobowy niewiele się różni się w przygotowaniu od podstawowej rozgrywki lub jest to bardzo prościutka zabawa.

Mimo wszystko trzeba zauważyć, że takie kobyły jak Scythe, Gloomhaven, Posiadłość Szaleństwa: druga edycja oraz Uczta dla Odyna mają wariant dla jednego gracza. No ja nie widzę jak ktoś rozkłada sobie Gloomhaven, 7th Continent, Dark Souls czy Shadows of Brimstone, aby “popykać” samemu. Słyszałem, że tacy są, szanuję, ale dla mnie to świrusy :). Już mi ciężko było grać samemu w Robinsona Crusoe, aby poznać zasady, więc jeszcze raz: szacun. Takie gry RPG-podobne jak te, które wymieniłem raczej nie mają dodatkowych zasad dla partyjki w pojedynkę, ale im więcej udziwnień czy odstępstw od głównej reguły, tym mniej chętnie przystępuję do solowej rozgrywki.

No dobra, ale tak piszę i piszę i właściwie nie wiadomo po co gram w pojedynkę. Po rozegraniu jakiejś solowej pozycji czasem stwierdzałem na głos “Przegrałem”. Domownicy pukali się w czoło z myślą: “Wariat. Sam ze sobą gra i jeszcze gada, że przegrał”. Osoby nieco bardziej obeznane z tematem wiedzą, że są planszówki mające wariant jednoosobowy lub są przeznaczone do takiej zabawy. Zatem nie ma mowy o graniu przeciw sobie, ale przeciw grze. Konkretniej przeciw sprytnie skonstruowanej mechanice, która oddala nas od jakiegoś celu lub zmusza do zdobycia sporej liczy punktów. Jeżeli jest to pozycja przeznaczona dla wielu osób z wariantem dla jednego gracza, to mamy już do czynienia z szlifowaniem umiejętności, szukaniem strategii, jakiś wałów, drogi do wygranej, testowania możliwości, itp. Jeżeli jest to typowa gra solo, to mówimy najpewniej jedynie o ćwiczeniu umysłu.

Jestem recenzentem gier planszowych nie bez powodu, to nie jest przypadek. Planszówki to moje hobby, pasja, zainteresowanie. Jestem ciekawy, co ci projektanci wymyślają. Wprowadzenie jakiś nowych mechanik, ciekawych innowacji, interesujących perełek czy intrygujących rozwiązań jest dla mnie zawsze zaskakujące. Ile miałem frajdy z odkrywania prostego deck-buildingu w Piętaszku, rozgrywania pasjansowej partii w Onirim, zarządzania ryzykiem w Nautilionie albo sprawdzaniu mojej pamięci w Shadows over Camelot: The Card Game. Rozgrywka w tytuł przeznaczony do zabawy samemu też jest jednak jakąś formą ciekawostki i poznawania zmysłu projektanckiego różnych autorów.

W poprzednim felietonie pisałem o elektronicznych wersjach planszówek. Bawiąc się przeciw sztucznej inteligencji, to trochę jak grać samemu. Wirtualny gracz jest na ogół słabszy niż ten z krwi i kości, więc ciężko tu mówić o szukaniu strategii, testowaniu nowego podejścia czy sprawdzaniu możliwości gry, raczej ma tu miejsce czysta zabawa lub nauczenie się zasad tego tytułu. Pisałem o tym aspekcie we wspomnianym tekście, więc nie będę się powtarzać.

Kamil z Kostki zostały rzucone nieco z przekąsem granie solo nazywa trybem “forever alone”. Jest w tym trochę racji, bowiem najczęściej sięgam po taką zabawę, gdy nie ma z kim grać, plany się posypały czy nie ma się ochoty na spotkanie. Owszem, uważam, że gry planszowe to zabawa wieloosobowa, najlepiej gra mi się w czwórkę, ale czasem działa siła wyższa – wtedy może warto rozstawić prosty tytuł dla jednego gracza. Co ciekawe, dziwią mnie kanały na YouTube, na których doświadczymy tylko rozgrywek w pojedynkę (no dobra, na jednym prezenterka miała taki krzykliwy głos, że mnie to jednak nie dziwiło :D). Propagatorzy planszówek raczej chcą zarazić tym hobby innych, aby więcej i więcej osób zobaczyło jaka to frajda. Prezentując tylko gry solo jaki obraz planszówkowiczów się buduje? Rozumiem, że w ramach ciekawostki pokazać pozycję, której partia przebiega dla jednej osoby ale skoro to jest korzeń kanału, to ile osób sięgnie chętnie po taki tytuł?

Znajomi podczas rozmowy na ten temat często przytaczali powyższe argumenty. Oczywiście ci grający, bo sporo jednak niechętnie podchodziła do tej formy rozgrywki. Natomiast ciekawą odpowiedź dał Arek z Kostkarni. On zawsze wykładał (tak, czas przeszły, bo już nie ma na to czasu) jakąś dużą planszówkę, którą można zagrać samemu i w czasie rozgrywki snuł epickie historie. Można powiedzieć, że jest to odskocznia od rzeczywistości. Pewien sposób zabicia czasu, jak czytanie książek czy oglądanie filmów, podczas którego wyobraźnia działa cuda. Rzeczywiście niektórzy mężczyźni późno dorastają :). O wyciąganiu pozycji, której można pograć solo z nudów czy też zabicia czasu wspominali inni. Dla mnie to trochę marnotrawstwo dnia, ponieważ zawsze mam coś na głowie i wolę lepiej zorganizować moje wolne chwile niż grać specjalnie solo.

Właściwie argumentem za graniem solo, który przedstawił każdy ze znajomych była chęć lepszego poznania zasad. Taka partyjka na opanowanie reguł przed właściwą grą ze znajomymi, to ciekawa praktyka. Dzięki temu możemy zrozumieć działanie pewnych mechanizmów czy wyjątków. Dodatkowo mamy okazję poznać rzeczy, które sprawiają trudność przy bliższym poznaniu. A te będą lepiej objaśnione w czasie prezentacji. Jest to pewno interesująca czynność, ale aby wcielić ją w życie nie potrzeba jednoosobowej gry lub posiadającej taki tryb. Można symulować zwykłą rozgrywkę czy nawet obejrzeć przykładową partię i mamy ten sam efekt.

Łukasz z gdańskiego pubu Graciarnia dał długą i szczegółową wypowiedź zamiast krótkich odpowiedzi na pytania. Postanowiłem zacytować, co mi napisał o graniu solo:

Na przestrzeni ostatnich lat gry solo stały się coraz bardziej popularne – duża liczba tytułów, która ostatnio się ukazuje i zdobywa wysokie noty i pozytywne recenzje to dla mnie reprezentanci kategorii planszówkowej, którą sam osobiście nazywam “wymuszonym multi”. Mam nawet wrażenie ze spora część gier z ostatnich hot-top list zalicza się do tej kategorii – This war of mine, Fallout, 7th Continent, Mage Knight, Gloomhaven – czyli gry wysoce fabularyzowane, gdzie historia jest stawiana na pierwszym miejscu, a interakcja między graczami staje się jedynie dodatkiem, bądź nawet w pewnych momentach na siłę wymuszoną mechaniką. Nie znaczy to wcale że są to gry złe – wręcz przeciwnie sam oceniam każdą z nich wysoko i chętnie w nie gram, jednak rozgrywki w nie zazwyczaj wiążą się dla mnie z odczuciem, ze solo grałoby mi się lepiej. Wiem ze skupiam się jedynie na grach z klimatem i historią, pomimo iż jest masa eurosucharów z możliwością zabawy w bicie rekordów – jednak w ich wypadku jest to sposobność do poznania mechaniki gry, a nie poważnej rozgrywki. Brzmię dość negatywnie, a ten fenomen solo w analogu bardzo mi się podoba – weźmy pod uwagę, że żyjemy w świecie, który za kliknięciem jednego guzika daje Ci możliwość odpalenia epickiej przygody w dowolnie wybranej przez siebie cyfrowej rzeczywistości – gdzie nie potrzebujesz kilku, kilkunastu bądź nawet kilkudziesięciu minut by przygotować rozgrywkę. A i tak decyduję się na rozłożenie planszy – WOW – to świadczy, że te gry robią niesamowita robotę! PS. Wypadałoby tez wspomnieć o paragrafówkach – których też jestem wielkim fanem z racji częstych podróży – ale tu pewien PowerMilk zrobił już odpowiednie ich recenzje, które polecam.

No… tenże tego… Pisałem o rozkładaniu dużych gier i graniu ich samemu parę akapitów wyżej sądząc, że pewno mało kto to robi. Mam nadzieję, że się nie myliłem i Łukasz jest wyjątkiem od reguły :P.

No, a skoro większość “ankietowanych” przejawiało niechęć do grania solo, to właściwie dlaczego? Przede wszystkim planszówki to dla nich element socjalizacyjny, forma spotkania, w czasie którego, to nie rozgrywanie w konkretny tytuł jest ważne, pogadanie, pośmianie i ta cała otoczka w okół partii. Siedzenie samemu nad planszą jest dla nich nudne, nic się nie dzieje dookoła, jest za cicho i nie bawi ich to. Skoro nie mają problemu ze znalezieniem grupy, aby spędzić parę chwil przy planszówce, to się nie dziwię. A jeżeli nie uda się zorganizować spotkania lub zmienił się plan, to wolą spędzić czas przy grze komputerowej.

Przedstawiciele anty-solo często wspominali o braku w takiej grze emocji. Nie ważne jak sprytny jest system walki przeciw mechanice, nie ma tego napięcia lub rywalizacji jak przeciw realnemu oponentowi. Trzeba przyznać, że taka forma zabawy jest raczej do spokojnego posiedzenia, więc rzeczywiście jak ktoś woli, aby coś się działo na tym stole, pragnie interakcji z rywalem czy współzawodnictwa, to po co ma grać samemu? Rozmówcy przejawiali trend, że nawet jeżeli lubią kooperację, to wolą mieć kogoś przy stole. Można wysłuchać rad, poznać inny punkt widzenia czy nauczyć się jakiejś współpracy. Z drugiej strony nie ma obaw o lidera :D. Ale to nie jest rozwiązanie, a ominięcie problemu.

Zadałem też znajomym recenzentom czy uwzględniają tryb jednoosobowy w czasie oceniana jakiegoś tytułu. Wszyscy, z którymi rozmawiałem stwierdzili, że tego nie robią. Takich mamy rzetelnych recenzentów :P. Oczywiście to jest żart – nie wpływa to na rzetelność danej osoby, ale z ciekawości chciałem to wiedzieć, ponieważ ja to robię praktycznie zawsze.

Właściwie to tyle, co mam do powiedzenia o graniu solo. Starałem się zrobić małe zbadanie tematu, przedstawiając nie tylko mój punkt widzenia, ale również innych osób. Chętnie siadam do rozgrywki jednoosobowej i nic to nie zmieni, ale sam poznałem nieco punkt widzenia osób przeciwnych tej formie zabawy. Mam nadzieję, że tekst był dla was ciekawy i jeżeli byliście zrażeni do grania samemu, to mimo wszystko wypróbujecie jakiś ciekawy tytuł oferujący ten tryb.

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.