Skip to main content

Pola Arle – Rolnictwo dla dwóch osób

Myślałem z początku, że Pola Arle to tylko kolejna gra Uwe Rosenberga o zarządzaniu gospodarstwem, ale jak się okazuje jest to sentymentalna podróż do czasów dzieciństwa, do Fryzji Wschodniej. Uwe urodził się w Arle, skąd pochodzi jego ojciec, sam dorastał w pobliskim Aurich (miejscowość możemy odwiedzić w tej grze), rodzice prowadzili zakład foluszniczy, a kto wie czy gdyby nie miłość do gier planszowych sam Rosenberg nie byłby teraz rolnikiem czy innym rzemieślnikiem.

W Fryzji Wschodniej

Bardzo klimatyczna ilustracja frontowa ukazuje życie małego miasteczka. Ot, na pierwszy plan wysuwa się grupa robotników kończących dach jakiejś wieży, na drodze widać wóz z sianem, ktoś pasie swoje owce, w oddali inna osoba pilnuje krów, ktoś buduje jakąś chatę, inny coś reperuje. Widać, że sporo się dzieje na niej. Okładka polskiego wydania różni się od innych, tę przygotował Morano ukazując światu, że można przygotować coś ciekawszego niż autor oryginalnego rysunku. W środku znajdziemy całkiem sporo elementów: żetonów, pionków, planszetek, naklejek, znaczników. Pudełko praktycznie po brzegi jest wypełnione różnymi komponentami dobrej jakości (choć słyszałem o przypadkach, że meeple zwierząt jest uszkodzony). Początkowo myślałem, że ujrzę typową kreskę autorstwa Klemensa Franza, jednak zastałem inny styl. Tak, tak, inny ilustrator, sam się zdziwiłem, jest to całkiem miła odmiana, choć nie jest ona jakoś rewolucyjna – mimo wszystko jest OK, a przeciętna stylistyka Franza by już mnie męczyła przy takim natłoku elementów. Oczywiście jak to bywa w grach Rosenberga warto przyjrzeć się żetonom szukając smaczków i ukrytych easter eggów.

Cóż, to całkiem spora gra, a fakt że jest dwuosobowa powinna sugerować, że jest to tytuł dla doświadczonych graczy. Zasady same w sobie nie są jakoś specjalnie trudne – to worker placement, czyli wybieramy jedną z dostępnych akcji – ale liczba dostępnych możliwości, minusowe punkty na starcie, zależności pomiędzy czynnościami, żmudne dążenie do celu poprzez obraną strategię i optymalizację swoich ruchów może przysporzyć nie małych kłopotów. Nie będę skupiał się na opisaniu wszystkich możliwości i zasad, jedynie poprzestanę na skrótowym opisie.

Rozgrywka składa się z dziewięciu sezonów (rund), a każdy jest podzielony na trzy fazy. W zależności od pory roku będziemy mieli inne dostępne akcje, naprzemiennie będziemy wybierać za pomocą żetonów jedną z dostępnych i wprowadzać jej efekt w życie. W zależności od aktualnego sezonu faza inwentaryzacji wygląda trochę inaczej, zwierzęta dają nam inne korzyści, latem trzeba jeszcze zachować torf na opał, oczywiście wykarmić rodzinę. Na koniec 9. pory roku podliczamy punkty i osoba mająca ich najwięcej wygrywa

Zadbać o gospodarstwo

To, że akcje są intuicyjne i proste, nie znaczy że nie będzie żadnego paraliżu decyzyjnego. Kiedy pierwszy raz siadłem do rozgrywki, wyjaśniono mi zasady i sobie myślę “No dobra, ale co właściwie mam zrobić?”. Uwe Rosenberg jak w wielu swoich dziełach dał graczom dużo swobody, a przez co nawet doświadczona osoba może mieć problemy z zobaczeniem zależności między akcjami, uznaniem co jest ważne i optymalizacją swoich ruchów. Z tego względu pierwsze 2-3 partie będą służyć do rozpoznania tytułu. Z początku zastanawiałem się: no dobra, ale jak się udać w podróż? Jak zdobyć jakiś wóz? I zauważyłem, że niektóre akcje to inwestycja na kilka ruchów, nawet rund. Aby zrobić to, muszę mieć wykonać tamto, a to daje mi dostęp do tamtego… Uff, trochę męczące jest to z początku.

Oczywiście czymże jest gra Rosenberga bez trybu solo? No właśnie… Rozgrywka jest pasjansowa, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby rozegrać jej samemu. Kiedy mamy wolną godzinę albo chcemy poznać tytuł przed prezentacją innej osobie, można pyknąć sobie partyjkę. Nie ma przeciwnika, który mi przeszkodzi, a tym samym zobaczę w co warto inwestować. Tylko, że nie ma z kim porównywać wyniku.

A skoro wspomniałem, że rozgrywka jest pasjansowa, to wielu może uważać, że tak naprawdę nie ma interakcji. No, cóż… To stwierdzenie jest błędne, bowiem kiedy widzę, że przeciwnik inwestuje w podobne rzeczy co ja, to jak najszybciej będę chciał zablokować wykonanie jego czynności. A wtedy może będzie chciał skorzystać z akcji przeciwnej pory roku, powodując że będę pierwszym graczem i znów będę miał okazję wykorzystać pierwszy jakieś pole.

W wielu grach Rosenberg stosuje różne kary za niespełnienie jakiegoś warunku lub za nieposiadanie konkretnych elementów. Już planszetki włości zdradzają, że za brak sprzętu w gospodarstwie i nieosuszone torfowiska będziemy mieli ujemne punkty, a za braki w żywności w fazie inwentaryzacji będziemy dodatkowo tracić punkty. Obawiałem się tego, zwłaszcza że jest natłok akcji, więc jeżeli mam jeszcze zapewnić, aby mi czegoś nie zabrakło, to stwierdziłbym, że nie chcę w to więcej grać. Tutaj jest to dużo prostsze, wiele możliwości na zdobycie pożywienia powoduje, że zawsze będziemy mieli te 3 żywności na wykarmienie rodziny (bo tylko tyle potrzeba). W dodatku na koniec gry prawie wszystko daje jakieś punkty, więc czy zdecydujemy się inwestować wszystko po trochu, czy skupić się na jednej rzeczy, możemy wyjść podobnie. Okazuje się, że nawet jak miałem słabszy dzień, to różnica punktów nie była taka duża (jakieś 15 punktów), ale zazwyczaj wynosi ona 3-5.

Zanim usiadłem do rozgrywki wielu już doświadczonych w tej pozycji mówiło, że ta gra ma problem z regrywalnością. No albo ja mam inne doświadczenie albo nie znam się na grach planszowych. Ten tytuł oferuje wiele taktyk, strategii i dróg rozwoju, że potrzeba kilkunastu partii, aby każdą wypróbować. Oczywiście wiele osób zaczyna podobnie, osuszając torfowiska, przesuwając groble i zdobywając zwierzęta pod hodowle. Nie widzę jednak powodu, aby zawsze robić te same ruchy, a nawet jak ktoś dostrzeże, że przeciwnik wykonuje akcje z poprzednich partii, to będzie starał się go zablokować. Zatem oferowane jest nam morze możliwości, a jak wspomniałem z początku będzie ciężko nam się po nim poruszać.

Cóż, że to jest gra dwuosobowa jest to jej cecha, ale gry dla dwójki graczy kojarzą mi się raczej szybkimi partiami, a nie takimi kobyłami. Jednak jest w tym pewien mankament: jakoś te elementy trzeba rozłożyć. Kiedy rozgrywamy jakąś dużą planszówkę i 3-4 osoby pomagają nam przy rozłożeniu i złożeniu jej, to odczujemy różnice jakbyśmy mieli sami rozkładać lub jeden gracz nam pomaga. Dlatego niezbyt chętnie siadałem do gry, zawsze mówiłem: mogę zagrać, ale ty rozkładasz. A skoro setup był dla mnie zabójczy, to też niezbyt chętnie chciałem grać w tę grę solo.

Przeżyć zimę

Pola Arle z jednej strony jest podobne do innych gier Uwe Rosenberga, a z drugiej jest kompletnie inna. Zastosowanie znanej tematyki z tradycyjną mechaniką worker placement może sprawiać wrażenie, że mamy do czynienia z odgrzewanym kotletem, ale odkrywając smaczki i zależności zobaczymy, że mamy styczność z nowym dziełem. Fakt, że gra jest osadzona w rodzinnych stronach autora dodaje tylko chęci poznania.

Plusy:

  • karton wypchany dobrej jakości elementami
  • całkiem intuicyjne zasady
  • zależności między akcjami, które ciekawe się odkrywa z każdą kolejną partią
  • kilka możliwości blokowania ruchów przeciwnika
  • parę opcji rozwoju
  • dobra regrywalność
  • udany tryb solo

Minusy:

  • dość uciążliwe rozkładanie gry
  • paraliż decyzyjny w pierwszych partiach

Dziękuję wydawnictwu Games Factory za przekazanie egzemplarza do recenzji

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.