Skip to main content

Gorączka Podziemnej Mocy – Trzeba sklepać parę potworów

Wiadomo jak to jest z bohaterem, musi czasem zejść do podziemi, pokazać kto tu rządzi i zebrać przy tym jakiś skarb, żeby na darmo tam się nie pchać. A w podziemiach czeka sama plejada gwiazd: Żul Mieczysław, Gad z Warszawy czy Gobliński zadymiarz. Nie ma czasu na wyjaśnienia, gdyż trzeba pokonać je… gołymi rękami. Gorączka Podziemnej Mocy pokazuje ciekawą mechanikę, a przy okazji bawi.

Zapraszamy do podziemi

Wielki smok w lochach, a w okół maluczcy bohaterowie, jakiś mag, krasnolud, łucznik, rycerz i inni członkowie ciekawej ferajny. Czy ja opisuję scenę z Hobbita? No nie, to okładka do Gorączki Podziemnej Mocy. Utrzymana w fioletowej kolorystyce i kreskówkowej stylistyce przyciąga uwagę, jak się patrzy ma się wrażenie jakiejś przyjemnej rozgrywki. Niby smok na ilustracji frontowej, a i tak nie budzi on grozy, a ciekawość. Zawartość składa się z kart: bohaterów, potworów (podzielone na trzy poziomy), smoków i władców podziemi. Wszystko utrzymane w tej miłej i ciekawej szacie graficznej. Warto wspomnieć o zabawnych nawiązaniach do popkultury (np. Sułtan Kosmitów, czyli bohater z Kapitana Bomby).

Rozgrywka na każdym poziomie trwa 3 rundy. Każdy ma dwóch bohaterów (będziemy wybierać po kolei jednego, a potem w odwrotnej kolejności), który może posiadać do 4 cech bojowych: walka wręcz, walka na dystans, magia i spryt. Na początku rundy każdy dostaje dwie karty potworów: nie patrząc na nie, odsłaniamy tak, aby w pierwszej kolejności widzieli je przeciwnicy. Potem każdy zasłania dłonią potwora, którego atakuje. Prosta sprawa – lewa ręka to bohater po naszej lewej, a prawa to ten po prawej. Jeżeli ten bohater przebija obronę, czyli ma przynajmniej tyle symboli, jakie ma potwór, pokonuje go. Pokonane potwory dają nam doświadczenie i możemy rozwinąć daną cechę (jest ona na dole karty, nie musimy rozwijać tego bohatera, co pokonał danego stwora). W przeciwnym wypadku odkładamy go na bok. Na wyższym poziomie będziemy potrzebować pewno obu rąk do pokonania potwora, wtedy sumujemy zdolności bojowe obu postaci. Po pokonaniu trzeciego potwora z ostatniego poziomu każdy ma szansę pokonać władcę lub smoka. Pokonane potwory mają wypisane punkty, które przynoszą, do sumy należy odjąć jeden punkt za każdą pomyłkę i mamy końcowy wynik. Kto ma ich najwięcej, ten wygrywa.

Walnij go gołą ręką

Rozgrywka jest dynamiczna, każdy gracz przecież wykonuje swój ruch równocześnie. Decyduje się na atak w konkretne jednostki i już następna tura. Przez takie rozwiązanie gra nie jest specjalnie wymagająca, męcząca, ani długa. Pierwsza partia wraz wyjaśnieniem zasad pewno zajmie nam 20-25 minut, a każda kolejna powinna być szybsza i spokojnie zmieścimy się w pudełkowym czasie gry.

Rustan Håkansson zrobił tę grę wraz ze swoim synem Eli. Zatem, to nie tylko gra imprezowa, ale też pokoleniowa. Młodsze osoby również się świetnie bawiły się przy tej pozycji – wcale wygląd maszkar ich nie odstraszał. Słyszałem też, że ta pozycja świetnie sprawdza się jako prezent dla rodziców. Mimo takiej tematyki, myślę że stwierdzenie, że to gra familijna nie jest błędem.

Przede wszystkim każdej rozgrywce towarzyszy kupa śmiechu. W czasie partii rzadko skupiamy się na nazwach potworów, ale wiele osób po rozgrywce przegląda jakie to stwory ubili (chyba najbardziej przypadł mi do gustu Gad z Warszawy jako określenie na bazyliszka). Pewno dosłowne tłumaczenie niewiele by zmieniło, nic by nie dodało, byłby to kolejny potwór znany z wielu takich tytułów, a tak przynajmniej są jaja. Oczywiście frajdę i śmiech generuje sama mechanika tej pozycji. Natychmiastowe klepanie i pokonywanie potworów budzi radość, a pomyłki głównie satysfakcję u innych graczy, ale też zaistniała sytuacja bawi osobę, która źle zaatakowała.

Lubię grę, która budzi ciekawość u innych. Wiele osób podaje za przykład Palce w pralce, ale gra jest głośna i raczej odgłos uderzania rąk o stół (dlaczego mało kto uderza o uda?) jest irytujący niż intrygujący. Szybka reakcja, rzucanie się osób na stół i śmiech towarzyszący partii jest interesujący. Jeżeli grałem w obecności “gapiów”, to każdy był ciekawy o co chodzi – czy to było miejsce publiczne czy konwent.

Zastanawiałem się nieco nad regrywalnością. Owszem, są pewne układy bohaterów, które są korzystniejsze, ale nie zawsze możemy ich zgarnąć, bowiem ktoś nam może zostawić ochłapy. Poza tym prędzej czy później go rozwiniemy i nie ma znaczenia czy to wojownik czy jakaś wiedźma. Dodatkowo potworów jest całkiem dużo, więc w czasie partii zejdzie może z połowa z nich. Powtarzalność wynika z mechaniki, nie skupiamy się kto nas atakuje i po prostu zasłaniamy pasujące potwory. Oczywiście takie są zasady, więc nie obejdziemy tego, że zamiast zabawy, frajdy czy czystej rozrywki będziemy mieli wrażenie, że “klepiemy” ciągle to samo. Przyznaję się, nie grałem na dwie osoby, wiele osób które poznały wcześniej ten tytuł stwierdziły, że można, ale jest słabo. Na trzech było mało tłoczno i tym samym rzadko zdarzały się pomyłki, a i tak nie odczułem większej satysfakcji z obcowania z tym tytułem. Osobiście najbardziej lubię pełny skład, choć część znajomych stwierdziło, że dla nich to za dużo i nie da się dobrze ogarnąć co się dzieje, więc dla nich 4 osoby będą optymalną opcją.

Pewną skazą na grze jest system rozwoju postaci, mając dwie postaci i dokładając do czterech boków kolejne karty prędzej czy później ta konstrukcja nam się rozjedzie. Od drugiego poziom praktycznie co turę jest przerwa na poprawienie kart. Jest to trochę drażniący element, nie mniej da się przeżyć i nie psuje mocno wrażeń dotyczących tego tytułu.

Mam ci dać klapsa?

Gorączka Podziemnej Mocy to zabawny tytuł mający zachęcić różnego rodzaju osoby do planszówek. Przez prostą i przystępną mechanikę owa pozycja powinna trafić do szerokiego grona odbiorców – od najmłodszych (potwory są karykaturalne, więc koszmarów nie będzie) do starszych (jeżeli tematyka nie przeszkadza, to możemy grać z dziadkami). Specyficzny sposób rozgrywki oraz dobry humor to silne atuty tej gry.

Plusy:

  • przyjemne dla oka rysunki
  • specyficzny humor wynikający z nawiązań do popkultury
  • prosta mechanika, która powinna zaciekawić każdego
  • szeroki target rozgrywki
  • generuje dużo frajdy i śmiechu
  • całkiem niezła regrywalność, mimo że ma się wrażenie, że każda partia jest taka sama

Minusy:

  • niezbyt dobra skalowalność, zabawa jest lepsza dla 4-5 osób
  • system rozwoju postaci

Dziękuję wydawnictwu Lucrum Games za przekazanie egzemplarza do recenzji

Wydawnictwo Lucrum Games

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.