Skip to main content

Gejsze – Podarki dla pięknych kobiet

Ulica Hanamikoji słynie z pięknych z gejsz, a przynajmniej tak wynika z opisu gry. Również z niego wynika, że są dość przekupne, ponieważ można zyskać ich przychylność prezentami. No, rozumiem, że dziewczyny lubią być obdarowywane, ale żeby aż tak? Zwłaszcza, że gejsze są kształcone jako doskonałe towarzyszki. No, ale co ja tam wiem, więc zamiast zastanawiać się nad sensownością tej kwestii przejdę po prostu do recenzji tej dwuosobowej karcianki.

Krążąc po ulicy

Z okładki pudełka niewielkiego rozmiaru spogląda na nas 7 olśniewających dziewcząt. W środku mamy jedynie karty, parę znaczników i żetony akcji. Szata graficzna jest przepiękna, stylizowana na japoński sposób rysowana, myślę że niewiele się pomylę wspominając, że kreska nawiązuje do mangi. Największy rozmiar kart jest zbliżona, a może i taka sama jak Dixita, więc tym bardziej zaskakuje jak tak małe opakowanie mieści to wszystko. Cóż, nie można powiedzieć nic złego na temat wykonania. Jest przepięknie. Nie mogę za bardzo ominąć kwestii polskiego tytułu – no bo skoro zdobywamy względy gejsz, to jak inaczej nazwać jak właśnie Gejsze? No właśnie oryginalnie tytuł gry wziął się od tej ulicy, czyli brzmi on Hanamikoji. Nie chcę zgadywać ile razy przekręciłem tę nazwę próbując ją napisać, a wypowiedzieć to już w ogóle.

Mechanika? Ach, proste zasady, naprawdę! Każdy gracz otrzymuje 4 znaczniki akcji, gejsze wykładamy na stół dając na środek znacznik przewagi. Tasujemy karty, odkładamy jedną do pudełka bez podglądania, a każdy z graczy dostaje 6 kart. Osoby biorące udział w grze będą naprzemiennie rozgrywać swoje tury, a ta składa się z dobrania karty i aktywowanie jednej z akcji. Cóż to za możliwości mamy? Sekret pozwala nam wybrać jedną kartę z ręki (zakrywamy ją) i na koniec rundy dołożymy ją do pasującej gejszy. Kompromis polega na odłożeniu dwóch zakrytych kart, one nie biorą już udziału w rozgrywce. Wykorzystując Eliminację odkładamy na bok dwie zakryte karty. Kompromis pozwala wybrać trzy karty z ręki, odkrywamy je, dwie z nich bierze przeciwnik, pozostawioną my – wybrane karty kładziemy przy odpowiednich gejszach. Zagrywając Podarunek formujemy dwa odkryte stosy kart, jeden bierze przeciwnik, a drugą my, analogicznie do poprzedniej akcji kładziemy je przy pasujących gejszach. Zużytą akcję odwracamy na szarą stronę (karty wybrane Sekretem i Kompromisem ustawiamy pod żeton) i kończy się runda. Dokładamy kartę wybraną przez Sekret i sprawdzamy przewagi – jeżeli ktoś ma większą liczbę kart przy gejszy, to znacznik przesuwa się na stronę tego gracza, w przypadku remisu nie rusza się. Wygrywa osoba mająca na koniec rundy 11 punktów (każda dziewczyna posiada pewną wartość) lub ma po swojej stronie 4 znaczniki zwycięstwa. W przeciwnym wypadku zaczyna się kolejna runda, która jest analogiczna w przygotowaniu do gry, z tą różnicą, że znaczniki nie zmieniają pozycji.

Prezent dla towarzyszki

Wiem, że często to powtarzam, ale i tak za każdym razem będę to pisać, gdy recenzowany będzie przedstawiciel specyficznego rodzaju gier. Uwielbiam małe, sprytne karcianki, więc widząc ciekawą mechanikę mającą całkiem niezłą dozę kombinowania, trudno przejść obok niej obojętnie. Ważna jest zasada, w której w przypadku remisu nie rusza się znacznik zwycięstwa. Daje to możliwość kombinowania w pewnej sferze. Skoro zdobyłem przychylność jakieś gejszy, to będę chciał doprowadzić do remisu, aby nadal była po mojej stronie i skupić się na odbijaniu tych przy przeciwniku lub zdobywaniu neutralnych znaczników.

Ale myślicie, że nikt na to wcześniej nie wpadł? No przeciwnik również będzie chciał odbijać. I tu trzeba się wykazać sprytem. W pierwszych partiach, które rozgrywałem jeszcze na zagranicznym egzemplarzu, grałem z doświadczonym przeciwnikiem (dokładniej z Kamilem z bloga Kostki zostały rzucone). Byłem pełen podziwu, na zastawane na mnie pułapki, a równocześnie się irytowałem, że dałem się na nie złapać. Przebiegłość i kombinowanie jest wręcz wskazane. Zwłaszcza, że mniej więcej w połowie rundy, gdy już się gracze domyślają co inni chcą osiągnąć. A właśnie, bo cały ten zabieg i specyfika gry polega na tym, że kart konkretnej towarzyszki jest tyle, ile wynosi liczba przy niej – jest to też wartość punktowa na koniec rundy. Zatem ciężej uzyskać przewagę w mniej punktowanych kartach. Czy będziemy chcieli zdobyć te gejsze, które ciężko “udobruchać”, tym samym zaskakując przeciwnika, czy jednak będziemy uderzać w wyższe wartości chcąc wygrać na punkty. I wszystko jest wyliczone w taki sposób, że wygrywa się na punkty mając przewagę u co najmniej 3 dziewczyn, więc to też nie jest, że ktoś wygra szybko i jest to kwestia przypadku.

Podoba mi się ta niesamowita interakcja i dynamizm rozgrywki. Ot, dobieram kartę i wykonuję akcję i już, następny gracz. Natomiast przeciwnik musi być uważny, jeżeli została wybrana akcja, w której on musi podjąć jakąś decyzję. I właśnie ta mała innowacja, że nic nie zabieramy rywalowi, ale dajemy – a ten jeszcze ma wybór – jest przecudowna. W tym miejscu łączy się ten akapit z poprzednim, bo przecież wchodząc z drugim uczestnikiem zabawy w interakcję, musimy go wyczuć, wykazując się wspominanym wcześniej sprytem. I trzeba pójść, jakby nie patrzeć, na kompromis, w którym poświęcamy zdobycie, jednej lub więcej gejsz na rzecz wykiwania rywala.

Czy gra jest losowa? No cóż… To wszystko zależy od tego jak ludzie definiują ten czynnik, jednak na moje niewiele zależy od przypadkowości. Choć nie spodziewamy się co dobierzemy na rękę, to decyzja na tę turę, te planszowe “tu i teraz”, na aktualną sytuację. Zatem to jest nasz wybór, nasza decyzja, nasze postanowienie i wierzcie mi, nigdy nie miałem takiej sytuacji, z której nie mógłbym wybrnąć. Zwłaszcza, że większość gry to blef i wodzenie przeciwnika za nos, dając mu ułudę wyboru. Nawet fakt w jakiej kolejności zdecydujemy się wykonać akcje jest ważny i wpływa na wygraną.

Blefowanie, spryt i przebiegłość są czynnikami, które tworzą każdą partię różną, ale widać później pewne zagrywki i podobieństwa, które powtarzają się co rundę. Wiele osób próbuje w ten sam sposób nabrać rywala. Nie ma zbyt wielu zagrywek, ale i tak każda rozgrywka jest emocjonująca. Jeżeli widzimy, że nasze partie są zbyt podobne, warto odstawić na jakiś czas grę, aby na nowo odkryć jej urok. Właściwie jest z nią jedyny problem, ale rzadko to się dzieje na szczęście – przeciąganie linii może trwać, co rundę są odbijane te same gejsze i nadal nie ma warunku końca gry. Średni czas spędzony przy tej karciance to jakieś 15 minut, ale może wydłużyć się do 30-35 minut jeżeli obaj gracze odpowiednio manewrują kartami. Ale jak wspomniałem, jest to mało spotykana sytuacja (przynajmniej w moich rozgrywkach).

Uprzejmość to podstawa

Gejsze to olśniewająca karcianka, wręcz perełka na rynku. Nie tak dawno była praktycznie niedostępna w Polsce, więc należy dziękować Naszej Księgarni, że zdecydowała się na ten krok. Szybka, dynamiczna, prosta i przede wszystkim zgrabnie zaprojektowana pozycja, którą można rozegrać do porannej kawy, oczekując na resztę zaproszonych, przed snem czy jakiejkolwiek innej sytuacji, w której chcemy zabić trochę czasu.

Plusy:

  • niewielkie rozmiary pudełka, ładna szata graficzna i dobre wykonanie
  • sprytna mechanika kompromisów i pozbywania się kart
  • daje możliwości na kombinowanie i zmylanie przeciwna
  • ciekawy rodzaj strategicznego wymiaru
  • dobre zarządzanie losowością
  • wzbudza dużo emocji
  • całkiem niezła regrywalność…

Minusy:

  • …chociaż z czasem widać podobne zagrywki
  • partia nieraz może się ciągnąć i ciągnąć

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.