Skip to main content

Leo wybiera się do fryzjera – Lew-gaduła strzyże grzywę

Zgodnie z tezą Ignacego Trzewiczka “dla dzieci tylko memory“. Był to ironiczny wyraz sprzeciwu tworzenia tego typu gier planszowych dla młodszych. I rzeczywiście widząc zestaw tytułów przeznaczonych dla dzieci mamy całą paletę lepszych lub gorszych (czytaj: sztampowych) gier opartych o memory. Sam narzekałem, nawet przy udanych pozycjach, za nadmierne eksploatowanie tej mechaniki. Leo wybiera się do fryzjera korzysta z tego rodzaju rozgrywki w dość ciekawy sposób.

Fryzjer czeka

Wesoły lew z dość zaniedbaną grzywą dziarsko podążający drogą w otoczeniu gromady zwierząt. Tak wygląda ta zabawna i kolorowa okładka na pewno przyciągnie wzrok dzieci oraz rodziców, szczególnie jeżeli będzie dobrze wyeksponowana na sklepowych półkach. Przez taką szatę graficzną od razu przychodzą skojarzenia z grą familijną. Zawartość również cieszy oko, mamy kolorowe karty i kafle, żetonu startu i mety w nietypowych kształtach, budzik odmierzający czas gry i kawałki układanki, w której dokładamy włosy do twarzy lwa. Oczywiście wszystko jest z myślą o najmłodszych, ale nie jeden dorosły stwierdził, że gra wygląda ładnie.

Zadanie jest proste – musimy doprowadzić Leo do Fryzjera Kędziorka. W tym celu będziemy po kolei zagrać kartę, która ma dwie cechy: liczbę i kolor. Liczba określa o ile musimy poruszyć pionek Leo. Kafle są zakryte, więc po tym jak przemieścimy lwa odkrywamy go. Drogowskaz? Nic się nie dzieje. Płytka jest koloru zagranej karty? Nic się nie dzieje. W innym przypadku mamy jakieś zwierzę, a liczba przy nim informuje ile godzin tracimy na rozmowę. Jeżeli wskazówka na zegarze będzie pokazywać ponownie godzinę 8 (czyli minie 12 godzin), to straciliśmy dzień. Wracamy pionkiem na start, zapamiętujemy układ drogi, zasłaniamy kafelki i dokładamy włosy do grzywy. Jeżeli nie będziemy mieli jak dołożyć włosów do układanki (czytaj: skończą się wszystkie części), to przegrywamy. Jeżeli doszliśmy do mety, wygraliśmy.

Rozczochrany jak lew

Rozgrywka jest dość prosta, ale czasem gra daje w kość. Gdy pierwszy raz się zetknąłem z tym tytułem przegrałem, ale szybko odkryliśmy sposób na wygraną. Niestety, to jest spora wada tej gry. Przecież gry kooperacyjne powinny być trudne do przejścia, aby motywować do kolejnych rozgrywek, ale równocześnie niezbyt losowe, aby nie zniechęcić graczy. Kiedy pokazuje komuś ten tytuł i jesteśmy w stanie przejść za pierwszym czy drugim razem, to każdy stwierdza, że poszło zbyt łatwo.

Jeżeli jednak przyjrzymy się gatunkowi tej planszówki oraz jak jest kreowania, to rozgrywka wśród dorosłych jest mało sensowna. Prędzej rodzinne rozgrywki z dziećmi lub same dzieciaki. Jest to gra z pewnym elementem edukacyjnym, przecież skupia się na nauce malca podejmowania decyzji, ale także zapamiętywania pewnych schematów i powtarzania kroków, aby jak najlepiej zoptymalizować proces przejścia lwa do mety. Zostawiamy dzieci same z tą grą i widzimy jak się świetnie przy niej bawiąc, nie musząc w niej uczestniczyć.

Ale właśnie, kiedy mówimy o optymalizacji kroków, aby lepiej poradzić sobie z zadaniem, to mamy typową dla gier kooperacyjnych rywalizację i ocenianie naszych postępów. Ile dołożymy kłaków do grzywy. Szacowanie i sprawdzanie naszych umiejętności, aby wiedzieć czy nasza strategia sprawdza się.

Oczywiście mamy tutaj pewien element losowy, nie zawsze karty nam się ułóżą jak chcemy, więc musimy improwizować i poznawać drogę jeszcze bardziej idąc niekoniecznie znaną ścieżką. Przez to dowiadujemy się więcej informacji na temat tej drogi i wiemy, a przynajmniej powinniśmy wiedzieć, co robić dalej i jak przygotować się na wygraną.

Jeżeli zbyt łatwo wygrywamy proponuję sprawdzić wariant z papugą. Najczęściej jedna osoba z dobrą pamięcią zapamiętuje całą trasę albo jakoś informację dzielimy na części, więc ta opcja jest ciekawa. Dopóki nie odkryjemy kafelka z papugą w danej rundzie nie możemy się porozumiewać, wymieniać informacji, rozmawiać, dawać znaków, itp. Oczywiście jest na to obejście jeżeli papuga będzie całkiem blisko kafla startowego. Ale jeżeli nie odkryjemy go szybko, to rzeczywiście będąc zdanym tylko na siebie i niekoniecznie wiedząc czy zrobiło się dobry ruch, to brak komunikacji jest pewnym utrudnieniem. Również pozbawiając jakiś charakterystycznych elementów orientacyjnych, jak chociażby zakrętów i gra jest jakby bardziej skomplikowana.

No i nowy fryz

Leo wybiera się do fryzjera zostało nominowane do Kinderspiel des Jahres, ale zupełnie jak zwycięzca tamtego roku nie uważam, aby zasłużyła na ten tytuł. Pozycja może i pomysłowa, będąca ciekawą odmianą memory, ale niestety zwycięża się zbyt łatwo przez co nie ma się wielkiej motywacji, aby stanąć ponownie do kolejnej partii.

Plusy:

  • kolorowa i dobrze wydana gra dla dzieci
  • ciekawie zrobione memory
  • proste zasady
  • różne warianty rozgrywki
  • chęć wykazania się przy kolejnych partiach
  • losowość pozwala na lepsze poznanie drogi…

Minusy:

… ale też męczy
bardzo łatwo wygrać, przez co nie ma się motywacji do kolejnych rozgrywek

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.