Skip to main content

Przeniesienie planszy na urządzenie cyfrowe – Czy elektroniczne wersje planszówek zdominują fizyczne?

Kiedy patrzę na moje ostatnie recenzje widzę, że to są e-planszówki. W swojej wirtualnej bibliotece mam aż 48 tytułów (ale jestem pewien, że przynajmniej w połowę nie grałem), zaś na blogu ukazało się 20 recenzji elektronicznych wersji gier planszowych. Jestem miłośnikiem planszówek, więc dlaczego zaprzątam sobie głowę aplikacjami, czy właśnie gry planszowe nie powstały jako alternatywa do gier komputerowych czy innych tego typu zabaw? Gdzie w tym element socjalizujący? Czy jednak nasze społeczeństwo dąży do digitalizacji? Skąd popularność i fenomen e-planszówek? Zawsze jak zasiadam do cyfrowej pozycji mam w głowie takie pytania, więc postanowiłem moje przemyślenia przelać w postaci tego felietonu.

Zacznę od pewnej obserwacji, z której będę dalej rozwijał moje myśli. Kiedyś chyba o tym pisałem, ale nie jestem pewien czy na łamach tego bloga. Brakuje mi pewnego słowa na zdefiniowanie całości zbioru gier rozumianych potocznie jako planszowe. W języku angielskim jest on określany jako “tabletop games”, ale w polskim nie funkcjonuje coś takiego jak gry rozgrywane na stole czy gry blatowe. Przyjęło się nazywać gry karciane (LCG, CCG, niekolekcjonerskie…), gry planszowe, bitewne, czy fabularne ogólnym mianem gier bez prądu. I pewno stąd się wziął pewien dyskurs, zestawienie tego rodzaju zabawy przeciwko grom elektronicznym. Nazwanie tego zbioru jako “gry bez prądu” miało sens, kiedy powoli tego typu rozgrywka zyskiwała na popularności i wchodziła pod strzechy. Ustawiało się je po drugiej stronie barykady jako alternatywa do gier wideo, czy innych elektronicznych zabaw. Odciągało się użytkownika od męczącego wzrok ekranu komputera czy telewizora, zdejmowało etykietę samotnika i ograniczało obcowanie z pełnymi przemocy produktami ku uciesze zmartwionych rodziców. W obecnych czasach należałoby owe sformułowanie nieco przedefiniować, bowiem pewno nikt wcześniej nie przewidział, że aplikacja będzie elementem uzupełniającym gry planszowe, często zalecanym lub wręcz wymaganym do rozegrania partii.

Zacznijmy od prozaicznej rzeczy – uwaga, będzie anegdota. Kiedyś wpadłem na spotkanie planszówkowe do moich znajomych. Młode małżeństwo, lubi grać, głównie w proste gierki, bo na inne nie ma czasu, więc wziąłem Tajniaków, bo byli na topie. Okazało się, że przypadkowo zostawiłem podstawkę na kartę-klucz i około połowę tych kart na stole w swoim domu, bo robiłem zdjęcia. Całe szczęście, że miałem ze sobą tablet, więc odpaliłem aplikację dedykowaną do tej gry. Owi znajomi byli zachwyceni z rozwiązania, równocześnie dziwiąc się, że wydawnictwo nie zrezygnowało z tych kart na rzec programu, który zastępował połowę elementów. Akurat ja jestem wdzięczny Czech Games Edition, że tak podeszli do tematu, okazuje się, że niewiele by trzeba było, aby przenieść całą grę na elektroniczną rozgrywkę. Takie wspomagacze jak scorekeeper dla Sushi Go!, który ułatwia liczenie punktów czy generator dźwięków tła dla Szeryfa z Nottingham pozwalający się wczuć w klimat średniowiecznego miasteczka nękanego przez tyrana są świetnym uzupełnieniem rozgrywki i raczej nikt nie będzie miał nic przeciwko smartfonowi, który leży gdzieś na stole z odpaloną aplikacją.

Dobra, ale dodatkowe akcesorium w formie programu na urządzeniu cyfrowym to jedno, a rozegranie gry planszowej, gdzie jest zalecane czy nawet wymagane posiadanie odpowiedniej aplikacji to już co innego. Mowa tutaj o takich tytułach jak Wilkołaki, X-Com, Posiadłość Szaleństwa: Druga Edycja czy Alchemicy. Zgoda, w tym ostatnim tytule funkcję aplikacji może pełnić jeden z graczy, ale nie widzę, że ktoś zgłasza się na ochotnika, aby siedzieć i co jakiś czas podawać istotną informację dla innych graczy, a dodatkowo czerpałby z tego radość. Tak samo w Wilkołakach łatwiej odpalić aplikację, niż szukać osoby, która spamięta te postacie i będzie je wywoływać. W przypadku drugiej edycji Posiadłości Szaleństwa przypomina mi się pierwsza rozgrywka, jak miałem jakieś 30% baterii w tablecie i pod koniec scenariusza się po prostu wyłączył. Analogiczną sytuację przeżyli twórcy bloga Up to 4 players przedstawiający ich przemyślenia oraz zdarzenia przy partiach w różnych grach w formie komiksu (rzeczony pasek jest tutaj). Pomijając fakt, że urządzenie musi być “karmione” prądem, to jednak rozwiązanie, w którym pewne aspekty są kontrolowane przez aplikację zwiększają imersję, odciążają graczy i ukrycie tworzą pewną losowość, co daje poczucie, że z góry coś jest zaplanowane. W X-Comie czy wspomnianej Posiadłości Szaleństwa nie mamy pojęcia co może się wydarzyć, zwłaszcza że w tej drugiej pozycji są spotkania indywidualne, które przeżywa tylko nasza postać. Zatem w tym przypadku większość czynności jest przerzucona na wirtualną maszynę, aby gracz mógł czerpać większą frajdę z obcowania z tytułem.

Dobra, ale przejdźmy do sedna, do aspektu, który pewno większość z was ma z tyłu głowy, do czegoś, czego się spodziewaliście bardziej czytając pierwsze zdania tego artykułu. Przyszedł czas szerzej omówić stricte elektroniczne wersje gier planszowych. Pewnego dnia na mojej tablicy na Facebooku zadałem pytanie moim znajomym czy grają w elektroniczne wersje planszówek i czy oznaczają na BoardGameGeeku rozegrane wirtualne partie. Praktycznie każdy odpowiedział, że odnotowuje taką rozgrywkę tylko jeśli grali przeciw realnemu przeciwnikowi – czy to przez Internet czy metodą pass ‘n’ play. Innym razem gdzieś pochwaliłem się, że rozegrałem jakąś dużą liczbę partii przez jeden rok. Ktoś zdziwiony zapytał mnie skąd taka liczba, a ja odparłem, że ostatnio dużo gram Sentinels of the Multiverse na tablecie. Ten delikwent nie mniej zaskoczony zapytał mnie czemu notuję elektroniczne rozgrywki. Nie odpowiedziałem, nie jestem pewien czy bardziej z roztargnienia czy może jednak była za tym głębsza myśl. Nie mniej czemu to robię? No cóż, partie gier rozegrane w wariancie solo też notuję, a grywanie z botem jest w pewnym sensie takim wariantem. Oczywiście, rozumiem powody, dla których ktoś decyduje się notować partie rozegrane z realnym graczem, jednak według mnie nic nie stoi na przeszkodzie, aby logować też te z botem.

Załóżmy, że spotkała nas taka sytuacja: kupiliśmy grę planszową w sklepie, rozłożyliśmy ją, gramy i nie przypadła nam do gustu. Teoretycznie możemy ją zwrócić, ale nie ma żadnej gwarancji, że sklep przyjmie taką reklamację. Podobna sytuacja, jakbyśmy chcieli oddać buty, sklep nie przyjmie już noszonych. Coraz częste są praktyki, że sklep potrąca jakąś opłatę, za oddanie użytego towaru, więc takie zagranie wcale nie musi być opłacalne i lepiej nam będzie wystawić na sprzedaż – strata będzie, ale niezbyt wielka. Takich przypadków jest już mniej, bowiem nie trzeba kupować jakąś pozycję w ciemno, gdyż wcześniej możemy ją przetestować u znajomego, na pokazie w sklepach, w wypożyczalni, na konwentach i innych imprezach z planszówkami w tle. Ale także taką wersją demonstracyjną może być elektroniczna wersja. Jako, że głównie kupuję gry na Androida, to nie wiem jak wygląda sprawa na innych systemach dystrybucji cyfrowej niż Google Play, ale podejrzewam, że metoda działania podobna. Mianowicie, możemy zarządzać zwrotu pieniędzy do dwóch godzin od zakupu. Przez ten czas możemy testować grę i sprawdzić czy odpowiada naszym preferencjom, a potem ją zwrócić. Owszem, ten sposób wymaga uiszczenia opłaty oraz jest ryzykowny, bowiem możemy się zagapić i nie zdążymy w porę zażądać zwrotu pieniędzy. Z pomocą też przychodzą serwisy, w których możemy przeprowadzić partię przez Internet – mowa o Board Game Arena czy ostatnio popularnej Tabletopii. Tutaj minusem jest, że jest wymagany prawdziwy przeciwnik, nie możemy rozegrać gry z botem. Jednak dzięki takiemu podejściu bez problemu możemy ocenić mechanikę tytułu i czy nam podejdzie.

Niestety, dość często jest tak, że muszę sprzedać grę, która mi się podoba – głównie ze względu na brak miejsca na półce, posiadaniu lepszych tytułów, czy przez nieprzyjęcie jej przez grupę znajomych. Splendor jest doskonałym przykładem, nie jestem fanem tej planszówki, ale pograć lubię, jednak prawie każdy znajomy stwierdził, że to słaby tytuł lub dobry na 2-3 partie, więc siłą rzeczy leżał długo niegrany. Na szczęście po krótkim czasie od sprzedania pojawiła się wersja na Androida. I właśnie głównie do tego służy mi e-planszówka, jako substytut prawdziwej gry, z którą już nie pogram sobie ze znajomymi, alternatywa do utraconej planszówki, zastępstwo w nostalgii do pewnych tytułów. Oczywiście poza graniem z botem można rozegrać partię z prawdziwym graczem przez Internet, przecież ci zawsze są chętni i w większości przypadków znajdzie się partner niemalże od razu. Gorzej, jeżeli tytuł już nie jest popularny, a serwery świecą pustkami. Tak miałem przy okazji kilku tytułów, ostatnio przy próbie znalezienia przeciwnika do Star Realms. Z powyższych przemyśleń wynikają inne, ale dość podobne. Nie musimy grać przez Internet, większość cyfrowych wersji gier planszowych ma zaimplementowany tryb pass ‘n’ play, który może dostarczyć podobne doświadczenia, co fizyczna planszówka. Z tą różnicą, że osoba, której odbywa się aktualnie tura trzyma w rękach urządzenie mobilne. Jest to świetne rozwiązanie, kiedy mamy sporą cyfrową kolekcję gier, a w czasie spotkania wyczerpały nam się możliwości lub nie chce nam się rozkładać kolejnej planszówki.

Uważam, że elektroniczne wersje planszówek są ciekawą rozgrywką. Kiedy w podróży komunikacją miejską, pociągiem czy busem sporo osób zabija nudę wciągając gęą mobilną (choć osobiście preferuję książki lub komiksy), tak planszówkowicz wyciągnie tablet czy komórkę i rozegra partyjkę lub dwie jakiejś e-planszówki. Nie oszukujmy się, taki rodzaj rozgrywki jest dość dynamiczny i szybki, więc prędko minie nam ten niemiłosiernie dłużący się czas. Lubię czasem przed snem pyknąć jakąś gierkę, aby się zrelaksować, aby uspokoić myśli, aby rozluźnić się i pójść spać odprężonym. E-planszówki to dla mnie dobra odskocznia na zbicie czasu czy dawka odrobiny relaksu.

Nie wiem skąd się wzięła popularność cyfrowych wersji gier planszowych, sam gram głównie tytuły, które znam lub lubię. Nie ruszyłem przynajmniej połowy e-planszówek, które mam z powodu nieznajomości tytułów, a nabyłem go, bo miałem kaprys lub była promocja. Być może gry z aplikacją czy to w formie akcesorium czy wymaganym urządzeniem cyfrowym do rozgrywki, albo właśnie gry w formie programu to kolejny krok w rozwoju naszego hobby. Może w ten sposób zainteresują się planszówkami osoby wpatrzone ekran komputera czy jakiegoś urządzenia mobilnego. Mimo wszystko planszówek, które wymagają aplikacji lub zostały w nią zaimplementowane jest stosunkowo mało i raczej stanowią pewne uzupełnienie do fizycznych gier. Często pojawia się stwierdzenie, że choć e-planszówki są fajne, nie zastąpią tych tradycyjnych. Trzeba przyznać, że rozgrywka przez Internet nie jest tożsama z siedzeniem przy planszówce. Nie ma tej chemii, tych emocji, tych historii, tego obserwowania reakcji przeciwnika, tego za co każdy pokochał planszówki – za swego rodzaju element socjalizacyjny. Owszem, możemy widzieć tworze za pomocą kamerki i mieć pewien substytut tego aspektu, ale na pewno nie będzie to samo. Warto się pewno przyglądać zjawisku, aby wiedzieć w jaką stronę zmierzać będzie ta nasza pasja, czyli gry planszowe.

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.