Skip to main content

Żółwie z Galapagos – Złóż jaja na wyspie

Galápagos, zwane Wyspami Żółwi, czy oficjalnie Archipelagiem Kolumba. Malownicze miejsce należące do Ekwadoru znane jest z bytności żółwi słoniowych. W recenzowanej pozycji będziemy wcielać się w tytułowe zwierzę, aby złożyć na tej wyspie swoje jaja.

No to na plażę

Zdziwiłem się nieco, że autorem ilustracji jest Klemens Franz. Można wiele mówić o jego stylu rysowania, ale osobiście nie bardzo za nim przepadam – owszem, są praktyczne, pasujące do tematu, ale że ładne, to nigdy nie uznawałem. Natomiast Żółwie z Galapagos mają całkiem przyjemne dla oka rysunki. Okładka przedstawia parę żółwi płynącą od jakiejś wyspy. Słońce, Ocean, zieleń, wszystko ładne, trochę urok psują kostki do rzucania, które też ktoś umieścił na ilustracji frontowej. Zawartość to wspomniane kostki, pionki żółwia, karty i plansza. Rozumiem dlaczego wygląd żółwi nie jest taki sam jak w Pędzących Żółwiach, ale teraz wyglądają trochę śmiesznie. Kostki, to zwykłe kostki, nie ma nic ciekawego, zaś karty zawierają liczbę od 1 do 6, wygląda jakby rysowania palcem po piasku.

W swojej turze gracz rzuca kostką, potem decyduje się czy rzuca następną czy pasuje, po trzecim rzucie nie ma takiego wyboru. Jeżeli suma oczek jest większa niż 7, to wraca na tratwę, w przeciwnym wypadku porusza się o sumę oczek razy liczbę kostek, które zużył. Może się zdarzyć, że jakiś żółw wylądował na polu innego gracza – ten wchodzi mu na skorupę i wędruje razem z nim. W momencie gdy ktoś przekroczy lub wejdzie na pole 21, ten dobiera kartę. Gra toczy się do wyczerpania talii kart, wtedy żółw, który zrobi ostatnie okrążenie wejdzie na pole dające 7 punktów. Każdy zlicza punkty, osoba mająca najwięcej ich najwięcej wygrywa.

Taki wyścig, po okręgu

Trzeba przyznać, że taki element ryzyka jak rzut dodatkową kostką jest ciekawym sposobem na zarządzanie swoim szczęściem. Często będziemy chwilę się zastanawiać, czy warto nam dorzucić tę kość czy jednak spasować. Jako, że to kwestia losu, może być tak, że na dzień dobry wyrzucimy szóstkę i teraz co? Liczymy na to, że będzie te jeden czy może jednak spasować? Działa to też w drugą stronę, mamy w pierwszym i drugim rzucie dwie jedynki, ale za trzecim razem może wypaść 6.

Jednak najbardziej drażniącym losowy elementem jest dobieranie kart. Możemy mieć ich najwięcej, ale o niskiej wartości i wygrać może niekoniecznie ta osoba, która zrobiła najwięcej okrążeń. W Ice Cool kiepski dociąg był zniwelowany tym, że po ujawnieniu dwóch jedynek ma się dodatkowy ruch. A tu? Jak masz pecha, to nic nie poradzisz. Owszem, karty są odsłonięte, więc mogłem decydować, aby nie iść tak daleko i czekać na lepszą okazję, czasem to jest lepsze rozwiązanie niż pchanie się do przodu.

Na takie pechowe sytuacje przygotowano wariant zaawansowany. W nim możemy zdecydować nie rzucać się dalej kostką i odrzucamy kartę z punktami (nie wraca do gry, tracimy też punkty) – wtedy możemy podwoić lub potroić ten wynik, o ile nadal mamy na kostkach nie więcej niż 7.

Oczywiście kwestia czy ryzykujemy czy nie jest kwestią chwili, zatem tura jest dynamiczna. Ot rzut i decyzja, i tak trzy razy. Tura następnego gracza i zabawa zaczyna się od nowa. Generalnie mimo tej dynamiki i tak ma się wrażenie, że partia (szczególnie na 2 lub 3 osoby) trwa za długo. Niby się odrzuca 4 karty na początku gry, ale nadal partia się przedłuża. Zwłaszcza, że może zdarzyć się tak, że jakiś żółw nie wyruszy w podróż.

Rzadko zdarza się, że jeden żółw wejdzie na drugiego. Już głupie i dwuznacznie komentarze były w Pędzących Żółwiach, kiedy w grze jest motyw składania jaj, tym bardziej te teksty się pojawią. Niestety, ta gra nie miała takiej popularności wśród dorosłych jak Pędzące Żółwie. Zdecydowanie jest to gra dla dzieci, kolega stwierdził, że można grać ją zamiast chińczyka i to prawda. Jest to spoko filler, ale nic ponad to – przynajmniej jeżeli chodzi o rozgrywkę wśród geeków. Każualowi gracze mogą czuć większą radość z rozrywki.

Jak na razie ta pozycja nie zbiera zbyt wielu pozytów – no cóż, z początku troszkę nietypowa mechanika wywarła na mnie pozytywne wrażenie, ale nie przetrwała próby czasu. Mogę wciąż stosować ten tytuł jako imprezówkę, filler czy odmóżdżacz, ale już mam tyle gier, które mogą pełnić tę funkcję lub są właśnie do tego zaprojektowane, że nie jestem pewien czy potrzebuje kolejnej.

Ciekawym pomysłem jest, że osoba na grzbiecie innego decyduje czy ten ma rzucać dalej. Wydawać by się mogło, że najlepszy sposób na pozbycie się takiego pasożyta, to pójście o minimalną liczbę pól i niech potem zejdzie z nas. Ale nie, może ten gad zaryzykować, najwyżej wróci na tratwę.

To jeszcze jedno kółko?

Żółwie z Galapagos z początku dawały mi jakąś frajdę, ale ostatecznie nie trafiły w mój gust. Nie zrozumcie mnie źle, to moja opinia, jestem pewny, że dzieciaki i rodzice oraz osoby wkraczające w świat planszówek stwierdzą, że ta gra im pasuje.

Plusy:

  • kompaktowe wydanie
  • miła szata graficzna
  • sprawdza się jako gra familijna, imprezowa i odmóżdżacz
  • ciekawy sposób na zarządzanie ryzykiem
  • wariant zaawansowany

Minusy:

  • dużo losowości: w dobieraniu kart i wrzutach
  • bardzo rzadko zdarza się podróż na skorupie przeciwnika
  • przez puste rzuty gra się dłuży

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.