Skip to main content

Raise your goblets – Zabójczo dobra uczta

Chyba nieodłącznym elementem każdej imprezy jest toast, a jeżeli jest to uczta królewska ma się skojarzenie, że jedynym trunkiem tam spożywanym jest wino. Raise your goblets prezentuje bardzo dziwną i ciekawą ucztę, bowiem jej tradycją jest, że wszystkie wysoko postawione rody na niej… wzajemnie się otruwają.

Za króla!

Okładka właśnie przedstawia tę libację alkoholową, ktoś pije, ktoś komuś polewa, ktoś zamienia kielichy, a ktoś wyczuł truciznę w swoim naczyniu. Ilustracja zawiera dużo elementów i przedstawia pewien chaos, który również towarzyszy grze. Podejrzewam, że pierwszym elementem jaki rzuci się w oczy będą bogato zdobione kielichy – nie są to byle jakie komponenty, ale ładnie zrobione plastikowe naczynia – dopiero później nas wzrok przenosi się na kolorowe kamyczki, podstawki na kielichy oraz sporą liczbę kart. Szata graficzna nawet pasuje do absurdalnej tematyki, mamy w niej trochę parodii, groteski i karykatury, a wszystko przedstawione w kreskówkowym stylu. Wszystkie elementy są pięknie wykonane oraz miłe dla oka. Wysoka jakość wykonania wiąże się z wysoką ceną – choć jest ona zrozumiała, to jednak nadal ma się wrażenie, że można było uniknąć takiej ceny. Owszem, zastąpienie kielichów kartonowymi “pudełeczkami” oraz szklanych znaczników żetonami obniżyło by dostatecznie koszty produkcji, ale chyba jednak ma się większą frajdę z gry, że odbywa się na kielichach zbliżonych do prawdziwych. A skoro wspominam o tych pucharkach, to mają jedną wadę: duża ręka dorosłego człowieka, szczególnie mężczyzny, trochę nie mieści się do otworu, przez co pozostali gracze mogą widzieć co jest wrzucane do środka. Jest na to patent – robienie tej czynności nad głową, wygląda może głupio, ale daje dobre efekty. Mimo dobrego wykonania, to już po tych kilkunastu partiach testowych te dość grube karty mają obdarte rogi, więc sugeruje jednak zakoszulkować je.

Każdy przed sobą ma kielich, lecz nawet jeżeli jest naszego koloru niech się za bardzo nie przyzwyczaja, poza tym kartę gracza, który musi zostać otruty oraz postać dającą specjalną zdolność. W swojej turze będziemy wykonywać dwie akcje z pośród kilku dostępnych. Najbardziej podstawową jest zajrzenie do pucharu, aby wiedzieć co w nim właściwie mamy. Inną dość częstą wykonywaną możliwością jest dolewanie do kielicha, wtedy wrzucamy jeden znacznik do wybranego naczynia. Dwie akcje powodują zmianę układu kubków – jedna to zamiana swojego pucharu z dowolnym, a ta druga to obrót wszystkich w wybraną stronę. Pasowanie pozwala zrezygnować z wykonania akcji. W momencie jak ktoś się pozbył wszystkich znaczników wina, to może wznieść toast, po tym zdolności postaci nie działają, a każdy gracz ma tylko jedną akcję (licząc tego, który wzniósł toast). Sprawdzamy co mamy w kielichu, jeżeli mamy więcej znaczników trucizny niż antidotum, to umarliśmy. Otrzymujemy punkty za przeżycie, za śmierć naszego celu, bonusowy punkt za przeżycie i zabicie celu oraz za posiadanie największej liczby znaczników wina. Uczta składa się z trzech dań, czyli rozgrywamy 3 takie rundy, a kto na koniec gry ma najwięcej punktów wygrywa.

Ale dobre wino, z dodatkiem arszenika

Mimo, że te zasady odnoszą się do rozgrywki 4-6, to nie są jedyne możliwości gry. Parę wariantów pozwalają na całkowite doświadczenia dla innych wariantów osobowy. Rosyjski pucharek (Russian Goblette) to opcja dla 2-3 graczy, a Podczaszowie (Winetesters) dla 7-12. Nie mam zamiaru was zamęczać ścianą tekstu na ich temat. Spodobała mi się nieco bardziej gra w parach, jednak odwołanie do rosyjskiej ruletki nie było złe, po prostu podczaszowie wprowadzają nieco więcej chaosu i zabawy. Wydaje się, że podstawowa rozgrywka jest w zupełności wystarczająca, ale miło ze strony autora gry, że pomyślał o czymś więcej, aby sprawić, że możliwa jest zabawa w inne warianty osobowe.

A skoro o wariantach mowa, to też są przygotowane dwie opcje zabawy, które dostarczą wielu wrażeń. Pierwszy to system “legacy” – w momencie kiedy zostaliśmy otruci, zmieniamy postać. Taka rotacja postaci i zdolności pozwala na lepsze poznanie talii, a dodatkowo część postaci posiada jakby lepszą zdolność czy potrafi więcej zrobić, więc również mamy utrzymanie pewnego balansu. Inny wariant to gra bez podstawek, czyli coś bardziej chaotycznego i szalonego, choć wolę grać z kolorami i wiedzieć gdzie wrzucam znaczniki, to właśnie ten wariant przypadł do gustu większości osób, które ze mną grały.

Sam koncept gry jest bardzo prosty, a daje dużo frajdy. Ta niepewność co właściwie jest w naszym kielichu, czy dobrze kalkujemy czy pamiętamy czyj kubek jest czyj, czy nasz cel przeżyje i czy wszystko poszło jak sobie zaplanowaliśmy. Skojarzenia z grą Maskarada jak najbardziej słuszne. Te uczucie chaosu i wiecznej niewiadomej jest wszechobecne, wydaje się, że podstawki powinny być pomocą, ale przy odpowiednim przetasowaniu kompletnie nie mam pojęcia, co gdzie i jak.

Oczywiście ten tytuł daje duże pokłady blefu, nikt nie wie co wrzucasz. Jeżeli chcesz kogoś zabić, to wrzucasz mu truciznę. Ale może lepiej grać mu na nerwach i wrzucić mu wino albo właśnie antidotum. Ten święcie przekonany, że zostanie otruty będzie zmieniał kielich, a najpewniej ten puchar wyląduje u nas. Również w ostatniej fazie przecież można podpuścić kogoś, zabierając losowy kielich z całkowitą pewnością, że to jest ten dobry. Raz się na to nabrałem, i też udało mi się zastosować tę sztuczkę.

Dynamizm rozgrywki, to coś, co mnie przekonało do tego tytułu. Obserwuję kubki i wiem, co mnie interesuje? Wykonuję szybko ruch. Nie skupiam się na grze, bo gram tylko dla frajdy? Wykonuję szybko ruch. Raczej nie powinno być zastojów, ale może się zdarzyć, że ktoś dłużej pomyśli nad ruchem. Jeden kolega lubi właśnie mieć takie zawiechy, nie ważne od typu gry, ale nie było to szczególnie drażniące.

Skoro mowa o fazie toastu, to ogromną przewagę ma osoba, która ją wywołała. Jako ostatnia robi ruch, więc też ona może prześledzić ruchy i zabrać puchar, który pozwoli mu przeżyć albo dorzuci sobie antidotum, jeżeli ma podejrzenie, że jest za dużo trucizny w jego naczyniu. Właśnie to powoduje, że część osób jak najszybciej chcą pozbyć się wina, aby móc jako ostatni wykonać akcję.

Blef i psychologiczne zagrywki to nie zawsze jest lubiany element w grach planszowych. Jeżeli ktoś woli posiedzieć nad planszą, pomyśleć nad jakąś strategią, optymalizować ruchy, czy szukać najlepszej ścieżki do wygranej, to niech omija ten tytuł szerokim łukiem, tutaj nic takiego nie zastanie. Jest to gra blefu z losowym elementem, często zawartość będzie dla nas zaskoczeniem. Niejednokrotnie myślałem, że zostanę otruty, ale tak się nie stało i na odwrót.

Karty postaci to bardzo miłe urozmaicenie, dają dodatkowe zdolności i inne wykonanie akcji (np. zamiana dwóch dowolnych kielichów). Zdarzają się słabsze efekty (np. otrzymanie 2 punktów za otrucie, ale nie dostaje bonusu za przeżycie i zabicie). Nie mniej podobają mi się nazwy tych osób, składa się ono z funkcji oraz imienia, które jest trującą rośliną, substancją, zwierzęciem czy pierwiastkiem. I tak możemy wcielić się w Mistrza Rtęć, Rycerza Czubajkę (Lepiota, trujący grzyb) czy Księżniczkę Kraśnik (Zigena, motyl posiadający silnie toksyczny związek w barwnikach na skrzydłach). Te absurdalne imiona dodają nieco śmiechu, no bo sam fakt, że jesteśmy odtruwani przez osobę nazywającą się jak jakaś trucizna zwiększa czarny humor. Poza tym mamy nieco pokazanego świata gry, w instrukcji bowiem przedstawiono krótką historię rodów, ich herby i dewizy. Zastanawiałem się czy poza dewizą McToadery “Hear me croak” jest w tych familiach jakieś odwołanie do popkultury, ale raczej nie.

Ale się naje!@#$m

Raise your goblets jest zabawną grą imprezową, w której ważny jest blef i psychologiczne zmylenie przeciwnika. Poziom chaosu i tych zmian jest momentami nie do ogarnięcia. Generuje to dobrą zabawę, frajdę i masę śmiechu.

Plusy:

  • bardzo ładne wykonanie: puchary robią wrażenie, a szata graficzna też jest dobra
  • kilka wariantów urozmaicających rozgrywkę
  • dynamiczna gra, generująca syndrom “jeszcze jednej partii”
  • dużo humoru, zabawy i śmiechu
  • sporo miejsca na blefowanie (czasem podwójne) oraz psychologiczne zagrywki
  • dużo zróżnicowanych postaci, których imię wywodzi się od jakiejś trucizny

Minusy:

  • duża cena jak na grę imprezową
  • osoba zaczynająca fazę toastu ma przewagę, bo ostatnia wykonuje ruch
  • wydaje się, że niektóre postacie są silniejsze od innych

Dziękuje wydawnictwu Horrible Games za przekazanie egzemplarza do recenzji

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.