Skip to main content

Munchkin Legendy – Slenderman mi nie straszny

Mity, bajki, legendy, creepy pasty, opowieści miejsce, bajdurzenia i opowiastki. Kto tego nie zna? Kto jakiejś nie słyszał? W naszych czasach nagromadziło się tyle zamyślonych historii i niedorzecznych opowiadań, że w połączeniu jakimiś dawnymi przekazami nie będzie miało większego znaczenia różnica i czas pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami. Steve Jackson sprytne wykorzystał okazję, aby stworzyć Munchkin Legendy.

Ale jak to krasnolud?

Postać z okładki mająca rogaty hełm legionisty (wiem jak to brzmi, nie pytajcie tylko zobaczcie jak okładka wygląda), a dzierżący w ręku miecz, włócznię i kopię (na raz!) może sugerować, że Legendy odnosi się do historii starożytnej albo mitów. Nic bardziej mylnego! Kiedy podczas pierwszej walki wyskoczył mi Slenderman szybko zostały rozwiane wszelkie wątpliwości: tematem są legendy, czy to miejskie, czy creepy pasty, czy dawna historia. Legenda, nieważne jaka, będzie tutaj uwieczniona. W porównaniu do poprzednich recenzji w tym cyklu wracamy do charakterystycznej kreski Johna Kovalica. Jak wspomniałem wcześniej, jako fan serii jestem do niej przyzwyczajony, a dodatkowo podkreśla parodię płynąca z rozgrywki. Co wyróżnia tę wersję to elegancka plastikowa wypraska. Ile bym dał, aby każda wersja miała taką, można w porządku trzymać karty, a wykonanie jej jest lepsze dla oka niż wspominany w poprzedniej wersji kartonowy krzyż dzielący pudełko na 4 części.

Zasady gry są identyczne jak w podstawce Fantasy. Jako, że tylko koszulek jest taki sam, to spokojnie można te dwie wersje łączyć bez żadnego dyskomfortu estetycznego (bo inne obrazki na tyłach to jedyna przeszkoda). Jeżeli ktoś zaczyna przygodę z Munchkinem może nawet kupić tę edycję jako substytut podstawki. Jednak każda część z serii wynosiła coś nowego do świata Munchkina, chociażby nowe klasy i rasy, to tu jakby z lenistwa przekopiowano większość elementów… Naprawdę doznałem szoku kiedy zobaczyłem po raz pierwszy, że ktoś zagrał niziołka, ja zostałem chwilę później krasnoludem, a inny gracz okazał się być elfem. Naprawdę? Legendy nie dają żadnego pola do popisu? Nie możemy być Łowcami tajemnic? Wikingami? Duchami? Zębowymi wróżkami? Trochę zdziwiło mnie takie podejście.

Kiedy rozum śpi…

Z drugiej strony taki zabieg ma swoje plusy. Mianowicie jeżeli znam tylko wersję Fantasy, to wejście w Legendy nie stanowi dla mnie większego problemu. Znane mi karty pozwolą na łatwe przyswojenie gry, a potwory czy przedmioty będące nawiązaniem do świata bajek i mitów już dają poczucie, że to inna gra. Poza tym jeżeli ktoś z moich znajomych ma podstawkę, którą często gramy razem, to mogę bez problemu kupić tę edycję, aby nie dublując tytułów. A jak sam mam tradycyjnego Munchkina, to mogę przecież połączyć dwie wersje. Co prawda tak samo działająca karta, czy rasa może nazbyt często się powtórzyć, ale jeżeli to nie przeszkadza, to nic nam tego nie zabrania – co więcej takie same wzory koszulek wręcz zachęcają do tej czynności.

Czasem współczuję tłumaczom Munchkina… Bowiem jak zachować absurdalną grę słów i jeszcze przy tym ten żart był sensowny? Często łapałem się za głowę widząc jak sprytnie zostało coś spolonizowane. Poznawszy nieco kart z wersji angielskiej stwierdziłem, że znów tłumacze stanęli na wysokości zadania, nieźle się przy tym gimnastykując.

A co właściwie takiego legendarnego jest w tej części? Na pewno będą to potwory. To, że taki Minotaur cię napadnie to pół biedy, spodziewałem się. Potwór z Loch Ness? Zaskoczyliście mnie, ale nadal coś typowego. Baba Jaga? Ooo, coś swojskiego, już ciekawsze klimaty. Kaczka Dziwaczka? Nie powiem, to już coś absurdalnego i doznałem małego zaskoczenia. Slenderman? Pisałem, absolutnie nie spodziewałem się. Dobór potworów znanych z legend jest genialny. A co z przedmiotami? Mikstura Midasa i Szklane pantofelki znawcom legend i mitów nie są pewno obce. Jest mniej nawiązań jak przy potworach – głównie za sprawą przedmiotów historycznych (a szkoda, że jest tak mało artefaktów).

Panie, jaki Świdrowy Graal? To podróbka.

Choć Legendy są mechaniczną kalką wersji Fantasy i nie oferują nic nowego, to uważam, że warto zapoznać się z tym tytułem. Przede wszystkim z powodu ciekawego wykorzystania tematu legend, nie ograniczając go tylko do mitów, ale rozszerzając o bajki, miejskie historie czy creepy pasty. Również możliwość łączenia z innymi częściami, które mają takie same rewersy jest interesującą zaletą.

Dziękuję wydawnictwu Black Monk za przekazanie egzemplarza do recenzji

Wydawnictwo Black Monk

powermilk

PowerMilk. Największy fan Bruna Cathali w Polsce. Lubię planszówki. Lubię programować. I lubię seriale.