Skip to main content

Loyang – Handel warzywami u bram miasta

– Pięć liter – mruczała do siebie. – Prostak albo czerwone warzywo. Pomidor? Papryka? – Zaczęła wściekle wycierać swój wpis.
– Burak! – Patrick odwrócił się w jej stronę. – Niech pani spróbuje burak!
Jess Rothenberg, Po tamtej stronie ciebie i mnie

Louyang to chińskie miasto, w którym znajduje się najstarsza buddyjska świątynia. Z historii tej miejscowości nie odczytamy wiele więcej. Choć fabuła gry jest prawdziwa, to w momencie przenosin stolicy Luoyang nie istniało. No i stało się to za panowania dynastii Zhou. Dlaczego więc Uwe Rosenberg zdecydował się umieścić tutaj swoją handlową grę? Kompletnie nie mam pojęcia – z początku myślałem, że to był znany punkt targowy, ale z dostępnych informacji nie mogłem nic takiego wyczytać. W każdym razie ostatnio ten autor jest u mnie na fali, więc chciałem zobaczyć co tym razem wymyślił.

Warzywa, świeże warzywa

Ofiarą węgierskiego smutku i niechęci do życia padają przede wszystkim warzywa – synonim świeżości, zdrowia i lekkości. Warzywo trzeba zabić, upolować jak zwierzę, wszystko co żywe, zawierające witaminy, należy z tego życia i zdrowia wypatroszyć, utopić w occie lub udusić w zasmażce ze smalcu i mąki.
Krzysztof Varga, Gulasz z turula

Cóż, szata graficzna rysowana przez Klemensa Franza jest różnie oceniania, ale dla mnie przeważnie jest miła dla oka. W tym przypadku budziła we mnie mieszane uczucia. Dość pokracznie narysowane postacie, niechlujnie zrobiona brama miasta i bardzo proste kształty bardziej przypominały eksperyment czy brazgroły w Paincie niż rysunki uznanego autora. Właściwie poza dobrze ujętym wieczornym niebem i zachodzącym słońcem nie mogę powiedzieć, że mi się okładka podobała. Cała szata graficzna jest utrzymana w podobnej stylistyce, ale po pewnym czasie można do tego się przyzwyczaić. Z elementów wyróżniają się nienagannie wyglądające warzywa, to całkiem porządny kawałek drewna, który sprawia, że gra od razu wygląda lepiej. Nietypowe planszetki przypominające literę T pewno stały się znakiem rozpoznawczym tej pozycji. Również żetony monet z dziurką na środku to dość charakterystyczne komponenty. Jednak miałem nieodparte wrażenie, że wiatr hula po pudle – Szklany Szlak, Kawerna czy Pola Arle były ciężkie, a po otwarciu połowa opakowania to wypraski z żetonami, a w Loyang… pusto. Co mnie zaskoczyło, to wykonanie tych planszetek gracza, bowiem z jedna strona nie posiada wodotrysków, porządnej szaty graficznej, czy wyraźnego oznaczenie – wszystko jest utrzymane w tendencji jednego koloru, w tym przypadku czerwonego. Chwilę myślałem skąd te podejście, ale wydaje mi się, że ta strona będzie lepsza dla daltonistów.

Mimo pierwszego niezbyt pozytywnego wrażenia nie zamierzałem oceniać gry bez tego, co najważniejsze, czyli mechaniki. Na początku gry kupujemy warzywo, którym będziemy chcieli obsiać swoje pole. Pierwszą czynnością w turze jest wyłożenie nowego pola prywatnego. W fazie dystrybucji mamy 4 karty, do dyspozycji mamy wyłożenie jednej na środek (pierwszy gracz wykonuje ją obowiązkowo) albo pas. Pasując bierzemy jedną kartę z ręki i jedną ze stołu. Wybrane kładziemy na odpowiednich miejscach, a reszta idzie na środek. Osoba, która spasuje jako ostatnia, ta jest nowym pierwszym graczem. Przechodzimy do wykonywania akcji, mamy do wyboru kilka i wykonujemy je ile chcemy i możemy. Będziemy wybierać spośród takich czynności jak obsługa klienta, skorzystanie z pomocnika, wymiana na straganie, kupno warzywa, obsianie pola czy zakup zestawu (to tylko raz na turę). Po tym przesuwamy się na torze pomyślności: tylko raz za 1 monetę, a kolejne za wartość pola na który chcemy się przesunąć. Gra się kończy po 9 turach i wygrywa osoba będąca najdalej na torze pomyślności (w przypadku remisu ważne są jeszcze posiadane monety).

Warzywo u bram miasta

Kiedy jednak zaczęła do mnie mówić, zdałem sobie sprawę, że na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Większość ludzi mówi obok mnie, przy mnie, nade mną lub o mnie, dlatego nie sposób zapomnieć kogoś, kto potraktował mnie choćby odrobinę lepiej niż warzywo.
Megan Lloyd Davies, Chłopiec-duch. Prawdziwa opowieść o cudownym powrocie do życia

Wiem, że użyłem trochę mało słów na opis mechaniki, ale wchodzenie w większe szczegóły to byłoby cytowanie instrukcji. No i zastanawiałem się, czy gra, która na początku dostała tyle “plaskaczy” – przecięte rysunki, gratisowe powietrze w pudełku, czy niezbyt dobrze przetłumaczona instrukcja – może obronić się samą mechaniką?

I tu wielkie zaskoczenie, bowiem z negatywnego pierwszego wrażenia zrobiły się pozytywne odczucia. To gra, która nie wybacza błędów. Jeżeli w jakiejś turze nie poruszyliśmy się na torze, a nasi przeciwnicy tak, to ciężej będzie nam tę różnicę nadrobić. Przede wszystkim musimy planować nasze ruchy. Mając jednego czy dwóch klientów dość łatwo jest spełnić jego oczekiwania. Jednak 4-5? To wyzwanie i czasem lepiej któregoś pominąć, aby w następnej turze go obsłużyć. Warto pamiętać, że nie ma kary jeżeli klient zadowolony zmienia się w niezadowolonego, dopiero jeżeli to niezadowolenie się utrzymuje. A pamiętać należy, że spełnianie zachcianki klientów to główne źródło naszego utrzymania, a tym samym sposób na wygraną.

Warto też gromadzić i używać pomocników, oni mają dość ciekawe efekty. W nich objawia się pewna interakcja między graczami, bowiem część pozwala na obsłużenie klienta przeciwnika czy wymianie na straganie innego gracza. Poza tym pozwalają wykonać standardową akcję nieco inaczej, czy taniej. Z pomocników najbardziej lubię oszusta, gdyż ten raz użyty wędruje pomiędzy graczami. Zabiera kartę pomocnika rywalowi, który skończył już wykonał fazę akcji, więc rozważnie jest go używać będąc ostatnim – nikt nam oszustem nie podbierze karty.

Wymiana na straganie to inna interesująca akcja. Używamy mało nie potrzebnych już warzyw, aby zdobyć coś pilnej potrzeby. Część wymiany jest możliwa 1:1, a inne 2:1. Wymienić zboże za por? Naprawdę opłacalne. Dlatego to będzie na nas spory ratunek.

Liczba graczy zmienia jedynie to, że trochę dłużej czeka się na swoją turę, ale nie jest to uciążliwe. Oczywiście wydaje się, że im więcej graczy tym większy wybór kart. Otóż przy rozgrywce dwuosobowej możemy zdecydować się czy chcemy dołożyć do dziedzińca kartę z wierzchu talii, co właściwie daje dam podobną decyzyjność jak przy trzech graczach, a przy czwórce nie jest ona jakoś specjalnie większa. Zatem spokojnie można mówić o dobrej skalowalności.

Szczerze, to nieco mnie dziwiła ta losowość tytułu: co mogę posadzić zależy od pola, które dociągnę, czy pierwsze pole będzie przydatne od tego czy trafi się odpowiedni klient, na sposób w jaki zarządzam swoimi zasobami mają wpływ odrzucone karty przeciwników, itp. Trochę tej przypadkowości jest. Właściwie nie widzę innego jej zastosowania jak napędzanie regrywalności.

Właściwie to dość losowe podejście do rozgrywki wymusza na nas zastanowienie się nad pewną kwestią. Co turę będziemy mieli dylemat, czy chcemy przesunąć się dalej na danej ścieżce, czy być może zachować pieniądze, aby zainwestować je w następnej turze. Będziemy balansować nad tym, czy chcemy mieć więcej pieniędzy czy więcej punktów. Zbyt mało monet może nas nieco przyblokować, a z kolei nie przesuwanie się na ścieżce nie da nam zwycięstwa. Ta dość specyficzna mechanika pozwala wymusza planowanie na dłuższą metę. I jako przykład mogę podać siebie ;). No i kolegę też – szliśmy łeb w łeb, bo zaspokajaliśmy tylko potrzeby klientów. Czyli takie same podejście daje takie same wyniki, więc aby prowadzić nie można robić tego samego co inni.

Chyba każda większa gra Uwe Rosenberga ma tryb solo. Nie zabrakło i tutaj, całkiem nieźle mi szło wciskając 15-16 punktów, raz nawet miałem 18. Jest dość ciekawie zrobiony i pozwala przyswoić reguły przed partią ze znajomymi.

Okiem graczy

Geralt, do jasnej cholery, długo masz zamiar tam siedzieć z obrażoną miną? Warzywa obierz.
Andrzej Sapkowski, Chrzest Ognia

Dawno nie było tej sekcji :). Myślę, że warto do niej wrócić. Na pierwszy ogień tylko dwie osoby, ale mam nadzieję, że się to rozwinie.

Najbardziej mózgożerna a zarazem moim zdaniem najsłabiej wykonana gra rosenberga spośród mi znanych. Małointuicyjna mechanika ma kilka ciekawych rozwiązań
Rafał Bilski
hm, no mi to się średnio podobało, ale ja po prostu nie przepadam za grami, gdzie trzeba zarządzać hajsiwem :D.
Karolina

Warzywna wojna handlowa

– To musi potrwać, ale bądź spokojny, panie.
– Jestem spokojny, ale twój czas się kończy.
– To powiedz służącym, niech mi go trochę kupią, jak pójdą na targ po warzywa.
Marcin Wroński, Tfu, pluje Chlu! czyli Opowieści z Pobrzeża

Loyang jest specyficzną pozycją, której mechanika wymusza myślenie na przód. Balansujemy w niej pomiędzy punktami zwycięstwa i zdobytymi zasobami. Tytuł całkiem mi się spodobał, szkoda, że nie został podany w bardziej atrakcyjnej formie.

Plusy:

  • ciekawie zaimplementowana mechanika zarządzania pomiędzy punktami a surowcami
  • całkiem dużo możliwości i dróg do wygranej
  • mimo dużej losowości cieszy sporo opcji do wyboru
  • dobra skalowalność i regrywalność
  • tryb solo

Minusy:

  • zbyt duża cena powietrza w pudełku
  • przeciętna szata graficzna

Dziękuję wydawnictwu Fullcap Games za przekazanie egzemplarza do recenzji

Wydawnictwo Fullcap Games

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.