Skip to main content

Ulm – Szlachta w wielkim mieście

Kojarzycie może katedrę w Ulm? Osobiście nie wiedziałem nic o tym mieście i tym obiekcie sakralnym, zanim nie rozegraniem partię tego tytułu. Pewno, jak się zorientowaliście dzieje się ona w mieście Ulm, w czasie rozkwitu miasta, w momencie rozbudowy wspomnianej katedry. Pełny tytuł wraz z łacińską sentencją można przetłumaczyć jako “Ulm w czasie złotego wieku”. A my jako gracze wcielamy się w wpływowych mieszkańców tej miejscowości i chcemy umocnić swoją pozycję.

Nad Dunajem

Okładka przedstawia bramy miasta – widzimy wieżę brammą i prowadzący do niej most, dalej dumnie stoi katedra, a w tle możemy dostrzec kilka domostw, zaś pod mostem wije się Dunaj, po którym pływają różne łodzie. Szata graficzna jest ładna, pasuje idealnie do gry i świetnie odwzorowuje okres, w którym się ta planszówka odbywa. Osobiście odczuwam dzięki tym rysunkom, że rzeczywiście mamy do czynienia z złotym okresem. Elementem, który od razu rzuca nam się w oczy jest zdecydowanie katedra – jednak może zaskoczyć fakt, że to tylko gadżet, nie ma ważniejszego znaczenia, tylko odkłada się na wieżę znaczniki odmierzające czas gry. Nie mniej prezentuje się ona bardzo ładnie i szybko się stała charakterystycznym elementem gry, chociaż chciałoby się, aby miała ważniejszą rolę jak chociażby katedra w Filarach Ziemi. Żetony są bardzo ładnie wykonane, a płytki przypisane do akcji są nieco grubsze od reszty. Wynika to z faktu, że będziemy je przepychać na “szachownicy”, jeżeli byłyby standardowe, to szybko mógłbyby się zepsuć. Znajomi docenili jakość wykonania gry, szczególnie piękne ilustracje. Osobiście dodam od siebie, że nie przepadam za dzieloną instrukcją – w tej grze mamy dwie: zasady i kronikę. Pierwszy arkusz zawiera podstawowe reguły zarządzące tą pozycją, drugi objaśnienie symboli, działania kwater w mieście, krótką historię Ulm itp. Akurat rozumiem, że zdecydowano się na taki krok, bo instrukcja jest napisana w trzech językach, więc książeczka mogła być nieco za gruba, dlatego mam cichą nadzieję, że w polskiej edycji otrzymamy jedną instrukcję.

Na początku gry będziemy mieli swoją barkę na polu startowym rzeki, 5 punktów oraz jeden wylosowany żeton akcji. W swojej turze obowiązkowo losujemy żeton z woreczka i przepychamy 3 żetony z szachownicy. Wykonujemy 3 akcje w dowolnej kolejności z linii, która została przesunięta (te znajdujące się na środku). Szybko objaśnię jakie mamy możliwości.

  • Czarny żeton – dostajemy jedną monetę .
  • Pomarańczowy – za dwie monety możemy postawić pieczęć na budynku po jednej ze stron rzeki w miejscu gdzie znajduje się barka i korzystamy ze zdolności .
  • Niebieski – przesuwamy barkę na rzecze, jeżeli mieliśmyby zatrzymać się na polu z innym graczem, to przesuwamy się o jeden dalej.
  • Biały – pozwala wziąć wypchnięte żetony z dowolnego boku do prywatnej puli
  • Brązowy – za dwa żetony z prywatnego zasobu otrzymujemy wierzchnią kartę, jeżeli wrzuciliśmy do worka oba kafle tego samego koloru bierzemy dwie wierzchnie karty i jedną z nich wybieramy.

W dowolnym momencie swojej tury możemy zagrać jedną kartę, te zagrywa się na dwa sposoby: natychmiastowo – czyli wykonujemy jej efekt i odrzucamy lub z efektem stałym – kładziemy przed sobą, najczęściej dzięki temu otrzymujemy dodatkowe punkty na koniec gry. Na początku rundy pierwszego gracza na wieżę odkładamy jeden żeton, kiedy skończą się wszystkie każdy z graczy ma ostatnią turę. Po niej zliczamy punkty i wygrywa gracz mający ich najwięcej.

Walka o wpływy w Ulm

Tak w skrócie przedstawiają się zasady tej planszówki, mógłbym pisać o przedstawicielach profesji, budynkach w mieście, czy herbach, ale na razie nie jest to potrzebne. W dalszej części recenzji i tak i o części z tych rzeczy wspomnę, więc nie przejmujcie się jeżeli coś jest jeszcze niejasne.

Dla mnie motyw przepychaniem żetonów jest naprawdę genialny. Nie lubię gier optymalizacyjnych, w którym trzeba myśleć zbytnio naprzód, wolę skupić się na aktualnej turze, maksymalnie na następnej. I właśnie w Ulm mając tylko jeden żeton musimy kombinować jak najlepiej, aby wykorzystać, co los nam daje. I dlatego nie ma większego sensu zastanawiać się i rozdrabniać się, skupiamy się co możemy uzyskać w tej turze i czy przybliży nas to do wygranej. Taki obrót spraw ma też inne zadanie: skoro wiemy, co chcemy osiągnąć (jakie akcje by mnie interesowały), a mamy ograniczone pole do popisu, to wybranie interesującego nasz rzędu nie jest czynnością zajmującą nie wiadomo ile czasu. W czasie partii nie powinno być zastoju czy paraliżu decyzyjnego. I tak naprawdę jedynie co może opóźnić ruch w grze to ikonografia oraz chęć wiedzy jak działa dana karta/kwatera/przedstawiciel/cokolwiek.

A jak wspomniałem o tej “znienawidzonej” losowości, to warto coś bardziej o niej napisać, co nie? Bo co to za euro, w której jakaś tam przypadkowość ma znaczenie? Otóż po zapoznaniu się lepiej z tym tytułem, okazuje się, że nie jest to do końca prawdą. Mamy w czasie całej gry czterech przedstawicieli cech, którzy po z werbowaniu dają nam jakieś profity – dodatkowe punkty, tańsze położenie pieczęci, możliwość zmiany zdobytego żetonu z woreczka ma ten doków, itp. Warto ich zdobyć, bowiem szybko znikają, a też jak nadmiarowo się poruszymy na rzece, to ominiemy Dom Przysiąg. Poza tym odpowiednio zarządzając tym co się dzieje na szachownicy możemy zdobyć interesujące nas akcje. Nawet zagranie karty lub jej zdobycie może nieco pomóc nam w realizacji celu. Zatem losowość ma wpływ na rozgrywkę, ale nie determinuje ona gry. W razie czego, zawsze można użyć wróbla jako jokera (zarówno moneta czy żeton akcji), nie mniej wtedy też traci się potencjalne punkty.

W tej grze jest dość niska interakcja między graczami, a negatywnej w ogóle nie uświadczymy. Co najwyżej możemy przyblokować przeciwnika wybierając upatrzony przez niego rząd lub wyprzedzić go na rzece przeskakując odpowiednie pole. Rzadko kiedy jest to intencjonalne, zrobione z premedytacją czy przemyślane. Kwestia przypadku. Osobiście mi brakowało czegoś, co zwiększyłoby tę chemię, więź między graczami, coś co jest większą sprawą niż wyścig na rzece czy przypadkowy ruch na szachownicy.

Wydaje się, że dynamicznie zmieniająca się plansza wyboru akcji oraz losowe ułożenie kart powinna dostarczyć sporą dawkę regrywalności. I choć rzeczywiście z początku jest różnorodnie, to już przy czwartej partii odczuwałem, że robię podobne ruchy, które są bardzo podobne do tych z poprzednich rozgrywek. Jeżeli uznajecie, że doszliście do kresu regrywalności, warto spróbować wariantu zaawansowanego. Na żetonach wieży są zasady, które obowiązują na tę rundę – tańsza możliwość kupna pieczęci, dodatkowy ruch na rzece, potrzeba opłacenia podatku (w przeciwnym wypadku traci się 5 punktów). Jeżeli nadal i to nie pomoże, to radzę odstawić tę grę na jakiś czas i wrócić do niej ze świeżym spojrzeniem.

Wpływ na regrywalność też ma wybór drogi do wygranej. Zauważyłem, że nieważne czy dominującym aspektem są karty, rzeka czy pieczęcie, to można być na pierwszym miejscu. Dziwi mnie, że nawet różne możliwości dojścia do zwycięstwa, to i tak nie czuję tej różnorodności z partii na partię.

Podoba mi się, że ten powolny start, a kiedy już mamy dobre podłoże, to dopiero jest tąpnięcie. Na dwie osoby dzieje się to trochę wolnej, więc jeżeli ktoś nie lubi długo się rozkręcającej partii, to nie powinien próbować dwuosobowej rozrywki Ulm. Osobiście, mimo takiego spokojnego toku zabawy lubię tę grę.

Wróble ćwierkają

Ulm jest lżejszym reprezentantem gier w stylu europejskim. Zabawa jest interesująca i przednia. Przynajmniej jeżeli chodzi o mnie, czyli raczkującego eurogracza. Przez dłuższy czas unikałem optymalizacyjnych planszówek, jeżeli mnie do nich przekonał mnie Ulm, to może kogoś innego również :).

Plusy:

  • świetna szata graficzna i wykonanie
  • dobry motyw z wyborem wykonywanych akcji
  • wiele dróg do wygranych
  • dodatkowy wariant umilający rozgrywkę
  • dynamiczna rozgrywka, z brakiem zastojów
  • parę sposobów na zarządzanie losowością

Minusy:

  • niska interakcja między graczami
  • mimo wielu czynników nie czuje się tej różnorodności

Dziękuję wydawnictwu SHARP GAMES za przekazanie egzemplarza do recenzji

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.