Skip to main content

Domek na drzewie – Czas coś zbudować!

Jako dzieciak pamiętam, że w amerykańskich kreskówkach często bohater posiadał domek na drzewie. I choć nie jest to zbyt popularny trend w Polsce, to z kolegami tworzyłem różne “bazy”, “kryjówki”, czy inne “obozy”. Nie wiem czy ze względu na modę na to, co amerykańskie młodsze pokolenia zamiast tych rzeczy już ma swój domek na drzewie, ale widząc jakie pomieszczenia są dostępne w tym tytule, to stwierdzam, że taki domek też bym chciał mieć.

Narzędzia są, to budujemy!

Domek z okładki jest tak wyposażony, że łatwiej powiedzieć czego tam nie ma! Bociane gniazdo, zjeżdżalnia wodna, antena satelitarna, hamak, schody, luneta, urządzenie do łapania motyli, huśtawka, ech… A to tylko co widać z zewnątrz, ciekawe co jest w środku. Polska okładka zdecydowanie się różni od tego, co prezentuje zagraniczna ilustracja, tam bowiem ten domek jest taki… skromny. Zaś tutaj chyba zostały ujęte dziecięce marzenia. Rysunek frontowy sporządził Tomek Larek, i powiem, że mnie to zaskoczyło, bowiem myślałem, że wszędzie poznam ten charakterystyczny styl tego ilustratora. Rozmiar pudełka jest dość niewielki, spokojnie zmieści się do torby, a nawet większej kieszonki. W środku zaś znajdziemy same karty, w tym najważniejsze, czyli pomieszczeń. Rysunki tych kart są już oryginalne, narysowane przez Adama P. McIvera (który często współpracuje z Scottem Almesem, twórcą tej pozycji), a w dodatku dobrze się prezentują. Ukazują te pomieszczenie dobrze, adekwatnie do jego nazwy. Poza kartami mamy planszetkę do punktów i dwa znaczniki – jeden do zaliczania tych punktów, drugi do zaznaczenia balansu.

Rozgrywka składa się z trzech rund, a każda z nich ma trzy fazy. Poranek polega na dobraniu przez każdego gracza 6 kart. Południe to najważniejsza część gry, bowiem będziemy budowali tytułowy domek na drzewie. Budowa objęta jest pewnymi regułami. Po pierwsze – jest to draft, czyli wybieramy kartę, a reszta ręki idzie do następnego gracza. Po drugie – ważne są koloru pomieszczeń: jeżeli nie mamy wybranego koloru w naszym domku, to możemy je umieścić gdzie chcemy, w innym przypadku musi sąsiadować z innym pomieszczeniem tego koloru. Po trzecie – balans: pień określa nam środek, jeżeli budujemy coś, np. Po prawej stronie, to zaznaczamy to znacznikiem i następny pokój musi być wybudowany na środku lub po lewej. Jest jeszcze kilka ważnych reguł, ale będę wchodził aż tak bardzo w szczegóły. Wieczór to faza punktowania: zaczynając od gracza, który ma najmniej punktów (w pierwszej rundzie będzie to najmłodszy) każdy po kolei będzie wybierać jaki kolor nie przynosi punktów lub daje ich dwa razy więcej. Po tym każdy przesuwa się na torze punktacji zgodnie z wybranym punktowaniem. Na koniec trzeciej rundy jeszcze mamy dodatkowe punktowanie za przewagę w danym kolorze i osoba mająca najlepszy wynik wygrywa.

Plan nam się rozjechał

Domek na drzewie to bardzo prosta gra – kolega ją określił jako “7 cudów świata dla dzieci”. Nic dziwnego, po pierwszej partii widać, że ta pozycja ma uczyć podstaw draftu w rodzinnym gronie. Kiedy już poznało się zasady rządzące tym typem mechaniki, można sięgnąć po inne tytuły oparte na drafcie. Jako, że ten rodzaj wymiany kart jest niezbyt do końca intuicyjny (ileż razy przy 7 Cudach Świata musiałem to tłumaczyć, tyleż osób miało z tym problem), to miło, że powstało “narzędzie” do nauki tego mechanizmu.

Jednak z tym idą pewne problemy. Zbytnie uproszczenie powoduje pominięcie pewnej warstwy. Już w pierwszej partii nie zwracałem uwagi na to co przedstawiają pokoje, a po prostu czy jest to kolor, który mnie interesuje oraz czy mogę położyć go na odpowiedniej stronie. Co najwyżej przejrzałem pierwszą rękę. Traci się tę magię, tę aurę, tę sferę marzeń. Po prostu stawia się pomieszczenie i już. Wybieramy co musimy, a nie co byśmy chcieli mieć w domku. Jednak przy niektórych pokojach mogli dać zastrzeżenie, że może być zbudowany tylko przy konkretnym kolorze/nazwie lub zabronione jest, aby sąsiadował z tym a tamtym pomieszczeniem, czy liczy się jako dwa jednego koloru. Jakieś fabularnie działanie związanie z nazwą danej miejscówki byłoby wskazane.

Inna sprawa, że gra staje się po 2-3 partiach bardzo podobna. Może ktoś się nią znudzić już po paru rozgrywkach. Przebieg rozgrywki staje się bardzo przewidywalny. Blokujemy punktowane dla gracza, który jest najbardziej z “przodu”, a chcemy podwoić wynik na pokojach koloru, który mamy najwięcej. Staje się to trochę monotonne. Dlatego z pomocą przychodzą nam dodatkowe warianty. Chyba najbardziej przypadły mi do gustu ukryte cele, które pokazują mam jakie ułożenie pokoi musimy spełnić, aby dostać dodatkowe punkty. Karmik wydaje się również ciekawym pomysłem. Przy problemie z balansem raz na grę możemy dołożyć karmik, aby go wyrównać, a tym samym dobudować pomieszczenie, które w zwykły sposób byśmy nie mogli zagrać. Również ciekawie zapowiadało się dodatkowe punktowanie, które zmienia nieco karty dające punkty. Niestety trochę interpretacja wyrażenia “najwięcej” i “najmniej” popsuła odbiór. Otóż nie byliśmy pewni, czy najmniej to również 0, a czy przy remisach również te punktowanie działa. Konsultacje ze znajomymi oraz szperanie po BoardGameGeeku rozjaśniły te niejasności. Szkoda, że tych wyjaśnień nie uwzględniła instrukcja.

Przy dwóch graczach mamy tylko karty punktowania, które blokują zdobywanie punktów za dany kolor. Czyli nie dość, że przeciwnik wie, co mam na ręce, to będzie mi uniemożliwiał zdobywanie punktów za kolor, którego mam najwięcej w domku. Dlatego najlepiej zdobywać równomiernie te pokoje, tak, aby każdej barwy było po równo. Oczywiście nie zawsze da się tak zrobić, bo to zależy od tego, co przeciwnik nam zostawi do wyboru. Jednak czuć, że gra została stworzona z myślą rozgrywek więcej niż na dwie osoby. Mimo wszystko proponuję zagrać na ukryte cele w czasie partii dwuosobowej – nawet jeżeli przeciwnik blokował nam punktację pokoi, których było najwięcej na drzewie, to możemy się odkuć tworząc układy przynoszące nam punkty.

Na pewno jedyną rzeczą, do której nie mam zastrzeżeń to cena. Za te kompaktowe, całkiem dobre wydanie, które posiada interesującą szatę graficzną zapłacimy nie więcej niż 50 zł. Stosunek jakości do ceny zachowany. Lubię bardzo ten element kombinowania zawarty w tej pozycji. Sposób wybierania punktowania zaintrygował mnie już na etapie czytania instrukcji, a fakt, że to działa dobrze w czasie rozgrywki tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że to bardzo sprytny pomysł. Poza tym motyw z balansem to również strzał w dziesiątkę. Przechylając drzewo blokujemy sobie jedną stronę domku, więc jeżeli karty od przeciwnika nam nie podpasują, to mamy sporego pecha. Dlatego warto się chwilę zastanowić czy na pewno chcemy zmienić balans na tę stronę. Losowość? Owszem, jest. Nie mniej jest ona tak dobrze skonstruowana, że specjalnie mi nie przeszkadza. Zresztą nie oszukujmy się – jeżeli ktoś miał farta i dostawał pasujące karty, to przeciwnicy w czasie wybierania punktacji odpowiednio zareagują.

Dobra, ja tam trochę marudziłem powyższych akapitach. Jednak to jest moje spojrzenie jako gracza. Kiedy zejdziemy na odpowiedni poziom i z geeka przełączymy się na każuala grającego z dziećmi wrażenia będą inne. Ogółem wśród dorosłych to ta gra ni pali, ni ziębi. Jest OK, spoko filler, można zagrać, ale są lepsze tytuły. Dzieci? Szaleją. To właśnie one zwracają uwagę co to za pokój, że chcą mieć taki na swoim domku. Nawet są zasmucone, jeżeli nie mogą wybudować konkretnego pokoju. To też maluchy chcą więcej. Raz zagraliśmy nawet 3 razy z rzędu. I one cieszą się z domku jaki wybudowały.

Ważne, że własny!

Domek na drzewie jest dobrym przykładem, że to, co jest dobre dla dzieci nie zawsze działa w gronie dorosłych. O ile ci drudzy dość szybko uznają wariant podstawowy za powtarzalny, to maluchy mogą cisnąć w tę grę cały czas. Przyjemna gierka dla mniejszych graczy.

Plusy:

  • kompaktowe wykonanie i ładna szata graficzna
  • interesujący sposób punktowania
  • ciekawy motyw z balansem
  • świetnie się sprawdza wśród dzieci
  • dodatkowe warianty działają bardzo dobrze
  • dobra cena

Minusy:

    • niezbyt dobrze sprawdza się do rozgrywki dwuosobowej
  • bez wariantów dodatkowych gra szybko się nudzi

Dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za przekazanie egzemplarza do recenzji

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.