Skip to main content

Pora na superbohatera – Recenzja DC Universe: Rebirth

Pięć lat temu powstał reset uniwersum DC znany jako The New 52. W czasie istnienia tej serii powstało wiele fantastycznych opowieści i interesujących wątków na stałe wpisujące się w świat superbohaterów – chociażby niedawno recenzowany Trybunał Sów. Niestety, im dalej w las, tym mniejsza sprzedaż komiksów. Niektóre historie na tyle mocno zmieniły wizerunek bohaterów i świata znanego z innych komiksów, że wręcz fani jawnie mówili o zbezczeszczeniu dziedzictwa DC Comics. Co na to wydawnictwo? Zamiast naprawić błędy obrało inną drogę – kolejny reset.

Podróż przez czas

Komiks zaczyna się od razu w momencie, w którym się skończył się Flashpoint Paradox. A właściwie to, gdzie skończyło się opowiadanie Wally’ego. To właśnie on jest narratorem powieści – osoby znające historie związane z Flashpointem wiedzą, że Wally West poświęcił swoje życie, aby Barry mógł powrócić do domu. Okazuje się jednak, że został uwięziony w Speed Force. A teraz chce powrócić do domu, lecz widzi pewne zmiany, które nastąpiły. Nikt go nie rozpoznaje, część rzeczy wydaje się inna, coś jest nie tak.

Z początku ma się wrażenie, że ten komiks przekreśla cały dorobek The New 52. Jednak Geoff Johns zapowiedział, że wątki z poprzedniego resetu będą również ważne dla Rebirth. Mimo drobnych nawiązań do Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach czy właśnie The New 52 nie bardzo czuć, aby coś z poprzedniego uniwersum zachowałoby się w nowym.

Historia jest dość prosta, powoli wprowadza w meandry nowego świata. Jest to raczej pokazanie tego uniwersum niż wywrócenie do góry nogami całej mitologii DC. Poznajemy bohaterów, których Wally w swojej podróży do domu obserwuje – od tych bardziej znanych (jak Batman) po tych mniej (jak Jessica Cruz). Jest to bardzo emocjonalna wędrówka przez czas, wraz bohaterem odczuwamy smutek, żal, zagubienie, złość i beznadzieję. Te zmiany emocji i zatracenie siebie ukazywane są bardzo dynamicznie, ale też jest ważne tło, które opowiada tę historie.

Graficznie komiks nie odbiega od tego, co widzieliśmy w The New 52. To bardzo dobre posunięcie, bowiem nie mamy nowoczesnej i zbyt ostrej kreski, ani archaicznej, która już nie zachwyca w dzisiejszych czasach. Mamy dość współczesną oprawę, która powinna cieszyć, a przy dynamizmie tego opowiadania zabawa ilustratorów światłem, ukazaniem emocji, czy ujęciem pewnej sceny podkreśla i oddaje te elementy wręcz wzorcowo.

Czy ktoś nas obserwuje?

Komiks kończy się zapowiedzią czegoś większego, czegoś z czym nasi bohaterowie nie mieli do czynienia. Choć wskazówki i domysły serwowane przez całą historię pozwalają ustalić cóż to może być, to czekam jak herosi się z tym zetkną twarzą w twarz. Same opowiadanie jest dobre, jednak nie daje silnego kopia. Widać, że jest to próba zrehabilitowania się po The New 52 – ale nie pada słowo przepraszam, jest to powrót do korzeni i próba ratowania dziedzictwa. Czekam z chęcią jak to się rozwinie, a jeszcze bardziej czekam na zeszyty poszczególnych bohaterów (Batman, Green Lanterns, Superman i Green Arrow już zaliczone).

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.