Skip to main content

Bongo! – Ale o co tutaj chodzi?

Bongo to rodzaj fajki wodnej, która jest kojarzona z paleniem marihuany czy cracku. Bongo to również jedna z większych antylop zamieszkująca Dolinę Konga. Bongo! to także gra kościana stworzona przez Brunona Faiduttiego. Cóż te elementy mają wspólnego? We wspomnianej pozycji występuje właśnie to zwierzę (sam tytuł jest nawiązaniem), a w czasie rozgrywki będziesz czuł się zjarany jakbyś używał bongo.

Witamy w Afryce

Bongo! mieści się w małym pudełeczku, którego okładka przedstawia grupkę turystów jadących samochodem po safari. Co ciekawe, na ilustracji pojawia się żyrafa, której nie ma w grze, szkoda, że to nie tytułowy bongo :). Ilustracja jest całkiem ładna i miła, ale nie uświadczymy już tej szaty graficznej nigdzie poza instrukcją. Zawartość to tak naprawdę kilka customowych drewnianych kości i nieco żetonów. Za tę cenę to dość dobra zawartość, a dostarcza również wiele zabawy.

W zależności od złożoności zasad używamy innej liczby kości. Oczywiście na początek polecam zagrać na zasady podstawowe używając żółtych i naturalnych kości. W swojej turze każdy po kolei będzie rzucał kości, ich wynik wskazuje na jedno z trzech zwierząt: bongo, nosorożca lub gnu. W jaki sposób? Żółte kości zawierają liczbę pałeczek bambusa (1-3), jeżeli wyniki na obu kościach są takie same mówimy zwierzę, które występuje dokładnie tyle razy, jaki jest wynik rzutu. Np, wyrzuciliśmy 2x gnu, 3x bongo, a żółte kości pokazują dwie pałeczki, wtedy krzyczymy gnu! Jeżeli więcej niż jedno zwierzę spełnia to wymaganie (np. 2x gnu, 2x bongo i nosorożec) mówimy zwierzę, które NIE spełnia wymagania (w tym przypadku nosorożec). Jeżeli żadne zwierzę nie spełnia wymagania, to mówimy “nic!” :). Zakręcone, prawda? Ale to nie wszystko, bowiem jak na kościach otrzymamy dwa różne wyniki krzyczymy nazwę zwierzęcia, które występuje tyle razy, ile wskazuje nieotrzymany wynik (np. jak wypadnie 1 i 3, to mówimy zwierzę występujące 2 razy). Żeby było jeszcze trudniej możemy dodać czerwone kości. Wynik na tych kościach uwzględnia się analogiczne – dwa razy to samo zwierzę, to wynikiem jest to zwierzę, dwa różne to wynikiem jest to trzecie. Rezultat rzutu czerwonymi kośćmi wskazuje na to, które zwierzę jest zmniejszone o 1. Np. mają 3x bongo i 2x gnu, a na czerwonych kościach nosorożca i gnu, to ostateczny wynik jest 2x bongo i 2x gnu, więc jak wypadnie nam wynik 2 na żółtych kościach mówimy nosorożec, logiczne? :D. Jest jeszcze zielona kość, jeżeli na niej wypadnie zwierzę, którego wynikiem są czerwone kości, to nie zmniejszamy jego liczebności.

Jeżeli nadal to dla was za mało, to jest wariant stadny, który zamiast “nic!” krzyczymy różne rzeczy w zależności od wyniku: stado – gdy jest więcej zwierząt niż wskazuje wynik żółtych kości, parka – jeżeli mamy 2 zwierzęta (a wynikiem jest 3), safari jeżeli każdego zwierzęcia jest po 1 (nie widzę kiedy można to powiedzieć) lub rączki złączki kiedy nachodzą na siebie dwie reguły (np. 2 parki). A teraz najważniejsze, czyli punktacja. Jeżeli dobrze powiedzieliśmy zwierzę, otrzymujemy żeton je przedstawiające (w przypadku “nic!” dowolny), jeżeli pomyliśmy się, to tracimy żeton. Wygrywa osoba mająca 6 takich samych żetonów lub po 2 z każdego.

Takie małe pranie mózgu

Przez długi czas zastanawiałem się czy na serio twórcą gry jest Bruno Faidutii. Nie grałem nic więcej poza Cytadelą i Maskaradą, w tej ostatniej pozycji rzeczywiście wszystko było zakręcone i można dostać było schizofrenii, ale Bongo! podnosi to do rangi sztuki. Już po przeczytaniu zasadach wiedziałem, że będzie dość trudno, a jak przedstawiłem je przy pierwszej próbie rozgrywki, to nikt nie miał chęci zagrać w ten tytuł. Obawiałem się, że przez te wyjątki ta gra będzie potraktowana jak Szalone Zegarki – czyli dobry zamysł, ale w praktyce się to nie sprawdza i jest zbyt pokręcona. Na szczęście obawy szybko się rozwiały, gdy rozegrana została pierwsza partia.

Owszem, to gra która pali mózg, męczy i niszczy wyjątkami, ale nie jest to tak drażliwe jak w przypadku Szalonych Zegarków. Zagram 2-3 partie z rzędu i mam dosyć. Mogę pod pewnym względem porównać tę grę do Dobble: z początku nie orientujemy się kompletnie co się dzieje, a później nasz mózg przyzwyczaja się do tego harmideru. Mimo wszystko najchętniej gra mi się na zasadach podstawowych. A wariant stadny to tylko ktoś nienormalny mógł wymyślić – zagrałem raz i wystarczy. Serio, to jest nieco już porąbane. Zwłaszcza, że z chłopakami po partii rozkminaliśmy 15 minut kiedy mówi się “Safari”, teoretycznie kiedy zostanie po 1 każdego rodzaju zwierząt. OK, mamy 5 kości, kłusownik zabiera 1, wiec mamy 4, a 3 rodzaje zwierząt, więc będzie albo parka albo trzeci rodzaj zwierzęcia (te, które nie wypadło) albo te, które wskazują kości. Nawet Marcin Ropka nie bardzo umiał mi przedstawić kiedy jest krzyczy się “Safari”. ;)

Mechanika “punktacji” sprytnie zarządza przepływem żetonów. OK, odgadłem zwierzę, to biorę je, powiedziałem źle to oddaje zwierzę (dowolne) Ale jak krzyknę błędne “Nic!”, to jest już masakra… Tracę wszystko co zdobyłem i rozdzielam to pomiędzy przeciwników. Natomiast jak nie ma już żetonów konkretnego rodzaju, to zabieram je od rywala, który ma najwięcej. I nagle się okazuje, że ktoś bliski wygranej jest na szarym końcu ;). Nieco to utrudnia, ale co to za zabawa, jakby wygrywał lider, nie?

Chyba wszystkie gry Faiduttiego mają wspólną cechę – nigdy nie działają przy większej liczbie osób. Graliście Maskaradę na 10 i więcej osób? To jest czyste szaleństwo ;). Bongo! dla większej liczby osób niż 5 też jest szaleństwem. Nie dość, że nie można się skupić (szczególnie jak kości się “rozjechały” po stole), słabo widać wyniki, to jeszcze ciężko określić kto był pierwszy. Do kwestii regrywalności zdecydowanie nie można się przyczepić. Nawet jak już rozumiemy o co chodzi, to nie ma to większego wpływu na powtarzalność partii. W ostateczności zawsze możemy dodać kości i podwyższyć poziom trudności. A najwyższy poziom trudności to już nieco męczy ;).

Czy jesteś bardzo bongo?

Bongo! to mega zakręcona gra dla nienormalnych ludzi. Serio! Mnie się podobała, więc pewno normalny nie jestem. W każdym razie może ona wzbudzić początkowe negatywne wrażenie, ale po pierwszej partii powinno się to zmienić.

Plusy:

  • ładna okładka, dobre wykonanie elementów
  • odpowiedni stosunek ceny do elementów oraz jakości rozgrywki
  • kilka poziomów trudności
  • zakręcona mechanika, która nieco pali mózg
  • przepływ punktów

Minusy:

  • niska skalowalność
  • na początku może odrzucić

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.