Skip to main content

Pora na Superbohatera – Recenzja filmu Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów

Na wstępie należą się pewne słowa wyjaśnienia. Choć wychowałem się na Batmanie i DC Comics oraz nie bardzo trawię komiksów ze stajni Marvela, to filmowe uniwersum jest dla mnie bardzo ciekawe. MCU zaliczyło kilka nielicznych wpadek, czyli według mnie to Kapitan Ameryka: Pierwsze Starcie, Strażnicy Galaktyki oraz oba Thory. Reszta filmów jest dobra lub bardzo dobra, a Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz jest na moim podium jeżeli chodzi o produkcje superbohaterskie. Zatem po braciach Rosso spodziewałem się dzieła na podobnym poziomie. A wyszło… przeciętnie.

Nazywanie filmów tytułami głośnych i cenionych komiksów jest teraz w modzie. I tak dzięki temu mamy Przeszłość, która nadejdzie, Czas Ultrona, recenzowaną Wojnę Bohaterów (która oryginalnie ukazała się w Polsce pod tytułem Wojna Domowa) czy nadchodzące Age of Apocalypse. Taki zabieg na pewno przyciągnie fanów powieści graficznych, a laików w tym temacie zachęci do zapoznania się z materiałem źródłowym. Fakt, że poza nazwą komiks i film mają ze sobą niewiele wspólnego, ale to dobre posunięcie. Z “książkowym” odpowiednikiem Wojny Bohaterów zapoznałem się niecałe dwa lata temu, choć nie bardzo byłem wkręcony w świat Marvela i wiedziałem, że Wojna Domowa to ważne wydarzenie na zawsze zmieniające te uniwersum komiksowe, to czytało się mi się bardzo dobrze. Nie zawsze wszystko rozumiałem, choć kolega dał sporo lektury do przeczytania, aby pojąć wagę tego wydarzenia, to niektóre elementy mną wstrząsnęły i zszokowały. I chyba tego zabrakło w filmie. Szoku i wstrząsu.

Fabuła filmu jest skupiona na całej drużynie Avengersów, a nie jak wspomniano, że personalne doświadczenie Kapitana Ameryki. Dlatego wcześniejsze uszczypliwe komentarze sugerujące włodarzom Marvela, że film powinien nazywać się Avengers 2.5 okazały się nie być tak dalekie od prawdy. Pewno chciano poprawić wizerunek po słabo przyjętym Czasie Ultrona (sam nie wiem dlaczego, na moje bardzo dobry film). A o co chodzi? Po nieszczęśliwych wydarzeniach z udziałem grupy bohaterów rząd amerykański proponuje kontrolę nad nią, aby zmniejszyć zniszczenia i poprawić opinie o Avengersach. Specjalny protokół ma zostać przyjęty w Wiedniu na zgromadzeniu ONZ, jednak część z drużyny ma pewne wątpliwości co do tego dokumentu. I właściwie o to opiera się główna oś fabularna, ale tytułowa Wojna ma aspekt wielowymiarowy.

Z początku nic nie zapowiadało takiego obrotu spraw. Scena otwierająca była na tyle dobra, że byłem wręcz przekonany o tym, że oglądam najlepszy film z MCU. Widać, że drużyna jest dobrze dobrana i dogadana. Sposób szpiegowania wroga, komunikacji zespołowej, a przede wszystkim współpracy w czasie walki daje poczucie, że bohaterowie dużo spędzają czasu ze sobą oraz dobrze się rozumieją. Choreografia walk jest mocnym atutem tego filmu, ogląda się to, aż miło. Nawet pojawienie się Thunderbolta Rossa to bardzo miły aspekt, a słowa o potrzebie przyjęcia Protokołu Sokovii brzmiały bardzo przekonująco.

Spadek jakości jest w późniejszych scenach. W komiksie było jasne dlaczego i o co walczy każda ze stron. Tutaj zamiast poważnej dyskusji o skutkach takiego pomysłu twórcy zaprezentowali nam gimnazjalną pyskówkę. Nie ma jasnych i przejrzystych argumentów żadnej ze stron. Jedynie przekonująco wychodzi Vision, który nie ulega emocjom, jest sztuczną inteligencją, dlatego charakteryzuje go chłodna kalkulacja. Zgromadzenie ONZ też nie jest popisową sceną, tutaj pierwszy raz widzimy Czarną Panterę, jeszcze bez zbroi. Odniosłem nieodparte wrażenie, jakoby rozmowy są tak sztuczne, że wprost wyjęte z W-11.

Wierzcie mi, że miałem bardzo silne odczucie, że coś nie gra w logice i działaniu bohaterów. O ile dla mnie jest zrozumiałe, że Kapitan Ameryka działa niezbyt mądrze – wszakże jest zaślepiony przyjaźnią do Bucky’ego – to już  poszczególni bohaterowie każdego stronnictwa powinni zastanowić się nad swoimi czynami. Znamienna jest scena na lotnisku, w której są zgromadzeni towarzysze broni Kapitana, ten rzuca tekstem do Falcona, że Stark się pewno ich spodziewa. Nagle jedna osoba się dziwi, że będą się bili z Iron Manem. I to widać, że bohaterowie nie bardzo wiedzą z kim i dlaczego się biją. Raczej jest to na zasadzie “Tamten mnie atakuje, to mu oddam”. Nikt nie pyta się dlaczego ta bitwa, nikt nie wie po co i dlaczego zaszła taka sytuacja.

Jednak nie wszystko było w tym filmie złe, o nie! Ma on sporo dziur, ale również mocne aspekty. Wspomniałem o choreografii walk, jest genialna! Naprawdę rzadko który film pokazuje pojedynek kilku, czy kilkunastu osób tak płynnie i uchwyca momenty tak, aby się nie pogubić. Jak wiadomo w tej produkcji wprowadzono dwie postacie, które mają mieć niedługo solowy film. O ile Czarna Pantera mnie nie przekonał, nie pokazano jakiegoś aspektu, który by mnie zachwycił – może to wynika z nieznajomości postaci – to Spider-Man został zrobiony wzorowo! Pajączek to jedna z moich ulubionych postaci, więc miałem spore oczekiwania. I spełnione zostały stuprocentowo, Tom Holland to dobry wybór, aż żałowało się, że był tak krótko na ekranie.

Właściwie tyle mogę napisać bez spoilerów. Jeżeli chcesz szczegółowo znać moje bóle do tego filmu kliknij przycisk poniżej, aby rozwinąć tekst.

Spoiler

Przez większość filmu zastanawiam się po co w ogóle gonią Zimowego Żołnierza? OK, ścigają go 3 lata. OK, jest podejrzewany o zamach. Ale z wydarzeniami w Wojnie Bohaterów za bardzo to nie współgra. I tu się okazuje, że każdy ma zdolności teleportacji. Na początku myślałem, że akcja w Bukareszcie jest dosłownie kilka minut po Wiedniu, ale po zastanowieniu kioskarz by nie czytał gazety z Buckym na pierwszej stronie tak szybko. OK, kioskarz go widział, Bucky zobaczył gazetę i wpada do mieszkania, aby się wynieść. Kioskarz raczej uciekał przerażony, ale dajmy na to, że zawiadomił policję jak już upewnił się, że nikt go nie śledzi. No i w mieszkaniu czeka na niego Kapitan Ameryka. Skąd wiedział gdzie mieszka? OK, rozumiem, że mógł podsłuchiwać kanał policyjny czy jakoś śledzić informacje i wiedzieć, że Bucky był widziany w Bukareszcie. Przecież go szukają kilka lat, a tu nagle wpadł do jego chaty. I to w jakim tempie! Nawet Bucky z targu nie zdążył dojść do mieszkania. Podejrzewam, że Steve dotarł tam z Wiednia, bo ostatnio tam przebywał. Z Wiednia do Bukaresztu jest jakieś 1100 km, więc poruszał się z prędkością 275 km/h. Szacun. Rozumiem, że są quinjety i tak dalej, ale chyba nie umknęło by to uwadze Rossa, skoro on kontroluje Avengers?

A właśnie, kontroluje? Polecam eksperyment. Kiedy dostajecie reprymendę od szefa wyjdźcie w połowie rozmowy i powiedzcie “Wszystko OK, nie ma co się martwić”. Kiedy rozmawiacie z num przez telefon nagle rozłączcie się. Czekam na relację. Bo co robi Thunderbolt gdy jest olewany przez Starka i ten nie dostosowuje się do jego rozkazów? Całkowicie nic. Żadnych reperkusji. Żadnych kar. Żadnego rygoru.

Po tematyce filmu wymagałem odrobiny powagi. Zdziwiłem się, że było tak mało żarcików. Scena w garbusie i reakcja Falcona i Bucky’ego na pocałunek z Shanon była małą odskocznią i całkiem zabawna. Jednak później film nam wynagradza brak humoru i w czasie walki na lotnisku KAŻDY (dobra, Vision nie) rzuca sucharami. Jeszcze rozumiem jakby to był tylko Pajączek, bo on tak ma, taki jego charakter. No, ale jak liczba żartów na sekundę jest równa wystrzeliwanym pociskom z karabinu maszynowego to coś już jest nie tak. W pewnym momencie myślałem, że wszyscy odpuszczą i powiedzą “Dobra, pośmialiśmy się, a teraz idziemy na grupowe piwo. Stark stawia!”. Co to za klimat walki jak wszyscy śmieszkują i podchodzą do przeciwnika mówiąc ‘To co? Mamy się bić?”… Zastanawiałem się czy nie pomyliłem filmy i nie poszedłem na Wojnę One-linerów zamiast Bohaterów. Publiczność zapędziła się w śmiechu do tego stopnia, że jak Iron Man strzelił do Falcona po upadku War Machine to wszyscy “Hahahaha”. Nie winę tutaj twórców za ostatni przypadek, ale właśnie taki jest odbiór filmu jak przez 15 minut dają nam ciągłe powody do śmiechu.

Jeden tekst Czarnej Pantery to najlepszy tekst w filmie. Koleś próbuje zabić Bucky’ego. W końcu go łapie i Zimowy na to: “Nie zabiłem twojego taty (no tak, przecież to zrobił Ulysses Klaue, co było wspomniane w Czasie Ultrona)”, a on na to “To czemu uciekasz?”. NO BO MOŻE DLATEGO, ŻE CIĄGLE RZUCASZ SIĘ NA MNIE I CHCESZ MNIE ZABIĆ?!

Najlepsze na koniec. Helmut Zemo, to postać wykreowana bardzo dobrze, ale jego intryga (czyli główna oś fabularna) jest tak nielogiczna, że aż mnie dziwi, że ktoś uznaje ten film za spójny. Siedzi sobie w hotelu Berlinie, ale też posiada moc teleportacji, bo umie zniknąć z Wiednia w kilka minut (co prawda na mniejszą odległość, bo 640km) i już studiować książkę z kodami. Pomijam już taką pierdołę, że nikt nie zauważył urządzenia w skrzyni tak dużej jak moje biurko. Siedzi i uczy się rosyjskiego. Myślisz sobie: o ja cię, to on zaprogramował Bucky’ego, aby zabił T’chakkę. Potem nagle akcja w Bukareszcie, gdzie dowiadujesz się o mocy teleportacji Bucky’ego i niemieckich antyterrorystów. No myślisz sobie, Bucky nie pamięta, że go zaprogramowano. Ale nie. Okazuje się, że ten Zemo to cwana bestia chce armii Zimowych, aby podbić jakieś Imperium (Wakandę? Amerykę? Rosję? Mniejsza, i tak armia Zimowych na usługach jednego gościa jest sporym zagrożeniem). No i teraz pytanie: Skąd w ogóle wiedział co było zadaniem Zimowego Żołnierza dnia 16 grudnia 1991 roku? Pomijam rozjazd serialu Agentka Carter z filmem, bo w Rosji działał Lewiatan, a nie Hydra. No dobra, potem info, że był mieszkańcem Sokovii. Myślisz sobie: “O kurde, ale z niego bydlak, chce się zemścić za zniszczenie Sokovii”. Potem widzisz martwych Zimowych i masz wrażenie, że ktoś cię dyma w dupsko. OK, chce się zemścić na Avengersach za śmierć rodziny (powód dobry jak każdy inny, bo jego rodzina to nie cała Sokovia) pokazując film Starkowi i niszcząc Avengers. Czyli po kolei, torturuje byłego agenta Hydry, aby zdobyć książeczkę kodów i dowiedzieć się o 16 grudnia 1991 roku, potem zabija psychologa, który przypadkiem został wezwany na przesłuchanie Bucky’ego (nikt nie zauważył, że to nie ta osoba? Inny wygląd, inne odciski palców, źrenice. Cokolwiek?) i go programuje po to, aby wszyscy wiedzieli, że to on jest tym złym. Dzięki czemu będzie Kapitan biegł na Syberię, a zanim Iron Man. Tam chce pokazać mu filmik z raportu, o którym wiedział od początku filmu… Nie mógł od razu pójść do Starka po tym jak wyjawił miejsce pobytu Zimowego Żołnierza? Pomijam fakt, że sam jeden Zemo oszukał Avengers, rządy Niemiec, Bułgarii, Ameryki, Austrii i całe ONZ. Dobrze, że nie jest terrorystą, skoro jedna osoba może tyle zdziałać i zniszczyć państwo. A tym krajom polecam popracować nad bezpieczeństwem. Chciałem uniknąć porównań do Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości, ale skoro w negatywnych recenzjach często się pojawiało, że intryga Lexa jest zbyt skomplikowana, to fabułę, którą serwuje nam Kapitan Ameryka w ogóle nikt nie zrozumie…

[collapse]

Po Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz spodziewałem się, że kolejna część – sygnowana nazwą jednego z lepszych komiksów – będzie czymś co wywróci MCU do góry nogami i zmieni spostrzeżenie na filmy superbohaterskie. Niestety, nawet zakończenie filmu było takie, jakby tej “wojny” nie było i nic ona nie zmieniła. Mam nadzieję, że to tylko małe potknięcie i Doktor Strange poprawi wrażenie o MCU lekko zniszczone przez Wojnę Bohaterów.

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.