Skip to main content

Pierwsza krew – Santiago de Cuba

Dawno nie było Pierwszej Krwi, co nie? Wspominałem, że zagrałem Santiago de Cuba podczas Planszówki na Narodowym. 2 minuty wyjaśniania zasad i mogliśmy zagrać. Po wyłonieniu pierwszego gracza rzuca on 5 kostkami i decyduje, które 4 z nich będą na statku. Oznacza to zapotrzebowanie na dany surowiec. Wszyscy gracze prowadzą wspólny pionek przypominający samochód. Za darmo możemy przesunąć go o jedno pole do przodu, za każde następnie pole płaci się jedną monetę. Pola przedstawiają Kubańczyków, u których załatwiamy jakieś interesy. Dzięki nim zdobywamy punkty, zasoby czy inne ciekawe zdolności. Po wizycie u mieszkańca miasta wybieramy budynek, który też daje nam jakieś bonusy, ale dopóki stoi tam nasz pionek nikt inny nie może z tego budynku korzystać. W momencie gdy ktoś wiedzie do portu, każdy po kolei może sprzedać dowolną liczbę surowców, na które jest zapotrzebowanie. Jeżeli sprzedano wszystkie wymagane towary, statek odpływa, a za sprzedaż jednego z nich dostajemy 2 punkty. Gdy ktoś ominie port lub nie zapełni się statek, zwiększamy wartość punktową za towar do 3, a potem do 4. Dalsze ominięcie portu lub nie zapełnienie statku powoduje jego odpłynięcie, a gracz, który ostatnio był w porcie przerzuca kostki i znów decyduje, które będą na statku. Po siódmym odpłynięciu statku kończy się gra, a wygrywa osoba z największą liczbą punktów.
Szata graficzna jest przyjemna, plansza przedstawia miasto, zaś żetony to budynki i mieszkańcy. Pozostałe elementy to solidne drewno. A jak się grało? Świetnie! Proste, rodzinne euro o poziomie skomplikowania nie większym niż Stone Age. Daje sporo możliwości. Chcemy jechać dalej samochodem? A może ominiemy port, aby zdążyć zebrać surowce, które nikt inny nie ma i zwiększyć wartość punktową? Również możemy blokować budynki przeciwnikom lub załatwiać interesy u Kubańczyka, który ktoś inny chciał załatwić. Kombinowania jest co nie miara. Partia trwała około 45 minut wraz rozłożeniem, wyjaśnieniem zasad i posprzątaniem, więc jak na eurogrę bardzo szybko.

I wiecie co? Żadna gra, a już na pewno będąca w stylu europejskim, nie wywarła na mnie takiego wrażenia, że przez KILKA dni o niej myślałem. Santiago de Cuba to zmieniło. Czytałem recenzje na różnych serwisach, sprawdzałem ceny i tym podobne. Jedno jest pewne: ja tę grę kupię. Mega mocno przypadła mi do gustu! Chyba ta gra nie została jakoś specjalnie doceniona, skoro było o niej cicho.

Dziękuję Kubie i Ani (BoardGameGirl) oraz Jankowi za wspólną rozgrywkę
A chyba was nie zdziwi, że mój poziom chęci ponownego zagrania to:
5 – Chce zagrać już teraz!

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.