Skip to main content

Niedzielne przemyślenia – Traktat o złym recenzencie

Z powodu tego tekstu można mnie posądzić o to, że mam zapłon typowego szachisty. Nagranie, do którego będę się odwoływał powstało już parę miesięcy temu. Koledzy z Rozmów ZnadPlanszy w jednym ze swoich odcinków rozprawiali o recenzentach. Wśród wielu poruszonych aspektów chciałem odnieść się do sprzedaży gier po recenzji. W komentarzach padło wiele słów. Tak naprawdę można odnieść wrażenie, że recenzent sprzedający egzemplarze od wydawnictw, w szczególności gdy wystawił im dobrą ocenę, to zło tego świata.
Oczywiście ironizuję, bo jak widać Windiarz, który popierał kolegów, że sprzedaż pozycji recenzenckich jest co najmniej nieetyczna, nie miał oporów, aby wystawić na forum Gry-Planszowe.pl grę Metro 2033 otrzymaną od zagranicznego wydawcę. No, ale gra została sprzeda przed ukazaniem się recenzji, a nie po, więc może jest to jakieś usprawiedliwienie ;). Jednak celem moich dywagacji nie są kąśliwe uwagi w stronę kolegów blogerów. Pewno temat bym olał, gdyby nie fakt, że mój znajomy wczoraj na Nocy Planszówek zapytał się czy sprzedaję egzemplarze recenzenckie oraz dlaczego to robię. Właśnie z tego powodu postanowiłem po tak długim czasie napisać co o tym myślę.

Na początek zdementuję pewne plotki i obalę mity jakie krążą na temat blogerów. A przynajmniej jak to jest w moim przypadku. Nie dostaję żadnych pieniędzy od wydawnictwa, nie piszę też artykułów sponsorowanych (gdy takie będą, opatrzę odpowiednią adnotacją). Zapłatą za teksty i filmy jest to, że egzemplarz gry zostaje u mnie. Z czego co wiem, to w większości przypadków tak działa. Słyszałem, że niektóre serwisy płacą za tekst, a gra zostaje u naczelnego. Blogerzy, których znam osobiście mają grę za tekst. Ja rozumiem, że skoro gra jest moja, to mogę zrobić z nią co chcę, w tym sprzedać.

Tak, tak. Sprzedaję gry planszowe, które dostałem od wydawnictw. Możecie pluć i rzucać kamieniami, skoro uważacie to za słuszne. Jednak osobiście uważam, że warto zastanowić się po co coś robię, a nie co robię.

Może też uzmysłowię niektórych jak wygląda praca recenzenta. Oczywiście znów w moim przypadku. Dostaję grę, mam 30 dni na napisanie recenzji. 30 dni, w których muszę zagrać daną grę 5-6 (minimalnie) razy i napisać tekst. Dodatkowo nagrywam unboxingi i piszę do nich odpowiedni komentarz na temat oprawy graficznej, wyglądu, a także jakości wydania. Czasem się pojawi pierwsza krew, czyli opinia o danym tytule po pierwszej partii. Należy ograć daną grę bardzo dokładnie, aby moja recenzja nie opierała się na domysłach, lecz moich doświadczeniach. No i na końcu sklecić tekst. Nie da się przeliczyć tego czasu na złotówki (przynajmniej w moim mniemaniu), więc czasem dobrze jest dostać grę planszową jako wynagrodzenie. Błędem jest myślenie, że to jest fandom i robią to fani dla fanów. Nie mam innego zysku z bloga niż sprzedana planszówka, nieważne czy to był egzemplarz prywatny czy recenzencki.

Dlaczego sprzedaję? Gra jest oceniona niezależnie. Sam tytuł może być poprawny i bardzo fajny. Może mi się nawet spodobać. Jednak może się okazać, że moim znajomym już nie bardzo. Albo nie mam z kim w nią grać. Albo tego typu gier w mojej kolekcji jest dużo lub okazuję się, że po jakimś czasie mi się znudziły, czy też nie mam ochoty w nie grać. Uważam, aby lepiej trafiła ona do nowego właściciela. Owszem, mogę zrobić konkurs lub oddać komuś. Możecie nazwać mnie egoistą, ale po godzinach spędzonych nad recenzją jakoś mi się nie uśmiecha oddać ją za darmo.

A jak to się ma do tego, co wspomniałem wcześniej? Już tłumaczę. Pieniądze ze sprzedaży nie idą w niebyt. Nie kupiłem za nie nowego samochodu czy wycieczki do Turcji. A na co je przeznaczyłem? Na bilety do Gliwic, Warszawy, czy Poznania. Tak, dzięki nim dostałem się na PortalKon, zjAvę czy Pyrkon. Na nowy aparat, przynajmniej częściowo, a to pozwoliło mi rozwinąć nieco formy filmowe. Jedna planszówka poszła jako zapłata za layout strony. Część gier trafiła na MatHandel lub inny rodzaj wymiany. Niektóre nowe tytuły, w szczególności te na Pyrkonie, zostały zakupione dzięki pieniądzom z sprzedanych gier. Ogólnie: na rozwój bloga.

Wybaczcie wszyscy ci, co sądzicie, że sprzedawanie gier będących egzemplarzem recenzenckim jest złem. Nie rozumiem was. Dlaczego potępiacie osobę, która sprzedaje swój owoc pracy? Już nieważne na co ona wydaje te pieniądze. W takim układzie autor gry planszowej za swój tytuł powinien też dostać całkowicie nic (nie wiem czy dostają, ale chyba tak, skoro część zajmuje się wyłącznie tym). Bo to nieetyczne, że chce sprzedać swoją grę planszową. Być może kiedyś usłyszę dobry argument, by zaprzestać takiego działania, ale na dzień dzisiejszy nie ma żadnych przesłanek, by uznać pozbywanie się swoich gier recenzenckich za złą czynność.

powermilk

PowerMilk. Największy fan Bruna Cathali w Polsce. Lubię planszówki. Lubię programować. I lubię seriale.

  • MatioK

    "Wybaczcie wszyscy ci, co sądzicie, że sprzedawanie gier będących egzemplarzem recenzenckim jest złem. Nie rozumiem was. Dlaczego potępiacie osobę, która sprzedaje swój owoc pracy?" – w jakimś tam procencie jest to zazdrość. Mam to samo, gdy widzę Kominki na sponsorowanych wakacjach. Jestem świadom tego uczucia, ale je ignoruję, bo wiem, że jest niesprawiedliwe ;)

    BT płaci – ten zwyczaj najwyraźniej się zachował z czasów, gdy to prowadziłem. Nie wyobrażam sobie wykorzystywać cudzej pracy i nie dzielić się ich efektami.

    Sprzedaż jest normalna. Bywało, że dostawałem nawet do 6-7 egzemplarzy gier miesięcznie. Nigdy nie zastanawiałem się czy komuś przeszkadza fakt, że to sprzedaję. Byłoby to nieetyczne tylko wtedy, gdybym zgodził na napisanie recenzji, a potem temat zostałby przeze mnie olany, a gra sprzedana.

  • A czy ja coś mówię? Jak system kasa za recenzję ludziom odpowiada, to spoko. Nawet nie wiem ile pieniędzy dostaje się za taką recenzję.

    Fakt, gdy ktoś sprzedaje grę bez dobrego ogrania gry, to jest bardzo nieetycznie.

  • Gambit_GGK

    W większości przypadków mam syndrom chomika. Nie sprzedaję, bo gry to takie "My preciousssss". Ale jak finanse przycisną, albo mam na oku coś, co muszę kupić, to wtedy półki są wietrzone. No i za coś trzeba kupić statyw, jak stary się złamie, albo zaryzykować kiepski dyktafon. Żona kiepsko patrzy na wydawanie na to pieniędzy z domowego budżetu. Przy dwójce dzieci ciężar jest rozłożony nieco inaczej :)

  • Piotr Jasik

    Wydaje mi się, że artykuł gdyby został rozwinięy, byłby "kijem w mrowisko". Mam tu na myśli pozycje recenzenta na rynku gier bez prądu, czy jest potrzebny, czy nie, czy nalezy mu coś płacić, czy ciągle brać go za syna / córkę bogatych rodziców z którego pracy korzystają wszyscy, ale niestety nikt nie chce w tym partycypować. Jakiś czas temu w środowisku recenzentów gier komputerowych, której autorem był niejaki Ator, przetoczyła się burza na ten temat. Nasza pozycja jest bez porównania słabsza i tak już pewnie zostanie, ale miło, że ktoś zwrócił uwage na zarobek recenzentów. Brawo PowerMilku dla Ciebie za to. Może jakiś materiał Przemyśleń na ten temat by się przydał…

  • Krzysztof Pilch

    Sprostowanie: Board Times nie płaci bo Board Times nie zatrudnia, co najwyżej redaktorzy dostają kieszonkowe czy symboliczny wyraz wdzięczności za pracę dla serwisu.

  • Ela

    Kieszonkowe to mogą rozdawać rodzice dzieciom. Jeżeli jedna osoba daje
    coś drugiej za wykonaną pracę, to znaczy, że jej płaci i ją zatrudnia (nawet bez pisemnej umowy).

  • MatioK

    Nie zrozumiałeś mnie – zgadzam się z Tobą :)

  • MatioK

    "gra CZASEM zostaje u Naczelnego." – no to fakt.

  • Jose Zuranthus

    A może zaprosimy Urząd Skarbowy do dyskusji? Czy PowerMilk nie strzelił nam wszystkim w stopę?

  • Nie ma znaczenia co kto uważa, złem jest czy nie jest. Etyczne jest na pewno – bo owoc swojej pracy zawsze można sprzedać. Bardziej istotne chyba jest jakie robi wrażenie na odbiorcach (no chyba, że piszemy dla Wydawnictw, a nie dla publiki). Ja blog prowadzę tylko hobbystycznie (za swoje "recenzje" nie dostaję gier), więc mogę napisać właśnie z punktu widzenia "czytacza", nie recenzenta.

    I moje odczucia są takie: jak widzę, że recenzent sprzedaje grę, której wystawił wysoką ocenę, to przestaję wierzyć w jego recenzje. Powód: albo nie jest wielkim fanem gier, albo ocena w recenzji jest zawyżona. Zdaję sobie sprawę, że są przypadki wyjątkowe (bo potrzebna kasa, bo nie ma z kim grać, bo okazuje się, że gra sprawiała frajdę, ale po roku już nie sprawia (ja tak miałam np. z Władcą Pierścieni)) – ale jak to się mawia wyjątki tylko potwierdzają regułę. Gdy się to powtarza, to bez względu na to jak bardzo jest w porządku – "niesmak pozostaje".

    Tym bardziej, że – kolejny raz z punktu widzenia odbiorcy – nauczyłam się nie polegać w 100% na recenzjach "sponsorowanych" grami, czy też płatnych. Niestety nie wszystkie są rzetelne (recenzenci często skupiają się na zaletach gry, o wadach jedynie wspominając lub w ogóle pomijając). Nacięłam się, bądź też bardzo zdziwiłam, już kilka razy. Rozumiem, skoro to nasze hobby to szukamy jak najlepszych stron, ale ja, jako odbiorca i potencjalny klient chcę znać również wady i to dość dokładnie – więc niestety od jakiegoś czasu bardziej polegam na ocenie BGG lub nawet drobnych komentarzach np. w Rebelu, a recenzje, które posiadają dopisek "dziękujemy wydawnictwu za przekazanie gry do recenzji" traktuję z dystansem – tym większym im częściej recenzent gry swoje sprzedaje ;)

    I żeby nie było, że wsadzam kij w mrowisko – nie potępiam, nie uważam, że to nieetyczne, być może sama bym tak robiła – ale piszę jak to może wyglądać z drugiej strony barykady. W końcu z uczuciami tłumu się nie dyskutuje, je co najwyżej można próbować kontrolować.

  • Krzysztof Pilch

    Com napisał, napisałem, proponuję zakończyć dyskusję na temat Board Times.

  • Pewnie masz rację, choć z drugiej strony ja od recenzenta oczekuję jego subiektywnej oceny. Chyba, że jest napisane explicite inaczej. Sądzę, że większość ludzi ma takie odczucie – skoro wystawiasz np. 9/10 to znaczy, że TOBIE się podoba. No chyba, że będziemy dzielić recenzje na subiektywne i obiektywne. Tyle, że w przypadku tych drugich na jakiej próbce należałoby testować, żeby było naprawdę obiektywnie?

    Piszę o tym, że sprzedaż gry, której wystawiło się wysoką ocenę psuje wizerunek recenzenta. I nic na to nie poradzisz. Chcąc nie chcąc tworzysz swój wizerunek nie tylko pisząc recenzje. I powtórzę się, że sama uważam sprzedaż gier za etyczne. Ale poza tym, że uważam jak uważam, to jestem człowiekiem z uczuciami i na te uczucia wpływu nie mam. Jeśli widzę sprzedawaną grę to obieram to (i zapewne nie tylko ja) tak, że gra nie jest na tyle dobra, żeby warto było ją posiadać (co nie przeszkadza mi jej kupić ;)). I jeśli recenzja była mocno pozytywna to jest to odbierane przeze mnie jako dysonans.

    Piszę nie po to, żeby komukolwiek wytknąć ten zwyczaj, tylko żeby zasygnalizować jak może być on postrzegany. Wyjątki były, są i będą. Ale odbiorca nie pyta się o motyw, tylko ocenia i idzie dalej.

  • Artur „Vermin” Tojza

    I tu docieramy do sedna sprawy – brak zrozumienia i doceniania pracy recenzentów przez ogół społeczeństwa (czyli czytelników). Łatwiej kultywować stereotyp niż faktycznie zainteresować się jak to wygląda naprawdę. Bo na przykład, po co mi Mr. Jack in New York, skoro gra technicznie, targetowo i wizualnie jest świetna, ale ja nie lubię tego typu gier. Nie wystawię jej niskiej oceny, bo to byłoby krzywdzące dla autora, wydawcy i samego czytelnika. Mimo tego po zrecenzowaniu nie zatrzymam jej (oddałem kumpeli, która jest miłośniczką tej serii) bo mnie ta gra ni ziębi ni grzeje.

    Poza tym nie ma recenzji obiektywnych, każda jest subiektywna. Można co najwyżej podzielić na ocenę osobistą – gdzie recenzent ocenia grę na podstawie kilku partii rozegranych w gronie tych samych osób co zawsze – lub przekrojową (ja tak robię), gdzie recenzent ogrywa na grupie kilkudziesięciu osób, totalnie zróżnicowanych pod kątem wieku, umiejętności (ogrania) i zainteresowań. W obu wypadkach recenzent powinien mieć szeroką wiedzę z zakresu gier, nie tylko ulubionych gatunków, ale w ogóle całokształtu.

    Zatem należy postrzegać recenzje nie przez ocenę liczbową wystawioną przez recenzenta, ale przez jego dorobek, ogranie i podsumowanie tekstu. Dobrym recenzentem nie staje się po napisaniu 2-3 czy nawet 10 recenzji, ale po dokładnym poznaniu tematu i wieloletniej pracy.

  • Zgadzam się. W 99%. Postrzegać recenzje należy przez wszystko, również przez ocenę liczbą. Paradoksalnie również przez to co autor z daną grą zrobi ;)

    Bo są tacy, którzy czytają każdy tekst danego autora i mają pojęcie o tym co on lubi a co nie. To jest przydatna wiedza, ale niestety może działać na niekorzyść – skoro wystawiłeś Mr. Jackowi ocenę 9/10 a lubisz 51.Stan to jeśli ja uwielbiam 51.Stan to prawie na pewno spodoba mi się Mr. Jack….. (i tu się może przydać wiedza o tym, czy chcesz tę grę mieć w kolekcji – no chyba, że explicite zawarłeś swoje odczucia w tekście, ale wtedy nie ma mowy o dysonansie).

    Są też tacy, którzy wejdą na Twoją stronę tylko dla tego jednego tekstu nie mając pojęcia w co gracz, ile grasz i jaką masz wiedzę. Oni postrzegają recenzentów całościowo – przewertują tych 10 czy ileś-tam recenzji dostępnych w necie – jeśli wszyscy wystawią ocenę 9/10 to znaczy, że wszystkim się podoba – zatem kupować w ciemno :) I też mogą doznać zawodu, bo przecież nie ma gry, która podoba się wszystkim.

    BTW, to mi się akurat w Twoich wielu recenzjach podoba – wyszczególnione różne grupy i ich reakcja na daną grę. To ma bardzo dużą wartość w mojej osobistej metryce :)

  • Artur „Vermin” Tojza

    Dalej nie zgadzam się co do Twojej opinii na temat sprzedania gry wysoko ocenionej. Kontynuując przykład:
    * Mr. Jack – zagrałem kilkadziesiąt razy, z czego wygrałem około 65% pojedynków, napisałem recenzję szczerą włączając to oceny, relacje i odczucia współgraczy i osób którym grę prezentowałem a oni grali samodzielnie. Dałem ocenę 9/10 bo gra na taką zasługuje, gdyż sprawdziła się w swoim targecie i jest wydana świetnie. Ba nawet pokrywa się z moją oceną prywatną, ale mimo to gra mi się znudziła i odstawiłem ją. Nie mam zamiaru do niej wracać, to po co ma leżeć, lepiej oddać/odsprzedać ją komuś kto będzie miał z niej pożytek.
    * 51 Stan – grałem ponad 100 partii, wygrałem z tego ledwo 45%, dałem ocenę 8/10, a mimo to nie mam dość. Mam wszystkie dodatki (część sam kupiłem) i nadal nie mam dość i chcę więcej.

    Co do oceny liczbowej to chyba wchodzimy na kolejne pole obsiane stereotypem. Pamiętam jak wystawiłem Dragon Age 2 (gra na PC i konsole) ocenę 4,5/10. Ludzie dostali piany bo powiedzieli wprost że oceniłem grę jako crap, co było nieprawdą. 4,5/10 to niemal połowa skali, czyli gra (prawie) przeciętna. Niestety teraz jak wystawisz 6/10 to gra słaba, a jak 9/10 to ultra super i "musi" podobać się każdemu. Nie wiem jak wyplenić ten stereotyp, ale ludzie ostatnio chyba zatracili wiedzę co to znaczy naprawdę zła ocena (0-2 w skali 10-cio stopniowej). Dlatego moim zdaniem recenzenci powinni też pisać nieprzychylne recenzje, gier które faktycznie są dupne, a nie umilać się i publikować tylko te materiały które dotyczą dobrych tytułów.

  • Tak! "recenzenci powinni też pisać nieprzychylne recenzje, gier które faktycznie są dupne, a nie umilać się i publikować tylko te materiały które dotyczą dobrych tytułów". Tego mi brakuje, zresztą – już to pisałam – niektórzy piszą o zaletach pomijając wady i gra co najwyżej przeciętna jest w rezultacie odbierana jako bardzo dobra.

    Jeśli chodzi o stereotypy – no sorry, ale tych nie wyplenisz. To jest walka z wiatrakami. Np. wracając do naszych baranów – co z tego, że będziemy sobie tłumaczyć dlaczego sprzedajemy gry, utwierdzać się w przekonaniu, że to w niczym nie umniejsza oceny itd. skoro i tak jej sprzedaż psuje wizerunek recenzenta. Gdyby tak nie było, to nie byłoby ani tego artykułu Powermilka ani wcześniejszych Rozmów znad Planszy. Bo po prostu nie byłoby sprawy. Ale jak widać jest. I ja mam podobne odczucia – właśnie o tym piszę – mogę sobie tłumaczyć na wiele sposobów (dzięki tej dyskusji ilość tych sposobów na pewno wzrośnie) ale wrażenie pozostaje i nic na to nie poradzisz.

    A jeśli chodzi o skalę – to nie jest tylko problem gier. Np. w książkach jest to samo. W BiblioNETka.pl ocena poniżej 4.0 to kiepska książka. Dobre zaczynają się od 5.0, no może 4.5…. a skala jest do 6. Ocena w szkole – skala 1-6 ale jak uczeń ma średnią 3.5 to jest to kiepski uczeń, bardzo kiepski uczeń. Skoro społeczeństwo tak to ocenia i tak to odczuwa, to nie pozostaje nic innego jak wpasować się w tą skalę. Bo przecież nie chodzi o to, żeby nawracać na jedyny słuszny system oceniania, tylko, żeby przekazać ludziom informację w taki sposób, żeby jak najpełniej do niej trafiła.

  • Możesz się nie zgadzać. Ja piszę o wrażeniu. Ja to odbieram jako dysonans – jego powód może być różny. Możesz pisać o grze zbyt dobrze, bo jesteś pod presją Wydawnictwa, a możesz pisać o grze dobrze, bo oddajesz opinie współgraczy a nie własne – i w dalszym ciągu jest to dysonans (o ile nie zaznaczysz wyraźnie, że wysoka ocena jest oceną współgraczy a nie Twoją). Śmiem twierdzić, że nie jestem osamotniona w tym wrażeniu, bo inaczej tematu by nie było.

    A co do stereotypów – uważam, że nie ma sensu z nimi walczyć. Chyba chodzi o to, żeby przekazać ludziom jak najwięcej treści w sposób jak najbardziej dla nich dostępny, więc nie ma co nawracać ich na jedyny słuszny system np. oceniania, tylko trzeba się w ten system wpasować. A oceny to nie tylko problem gier – to samo jest z książkami, to samo jest w szkole (skala 1-6, a uczeń ze średnią 3.5 to nie średni uczeń tylko bardzo kiepski uczeń) – i sorry jeśli już było, ale coś mi wcięło wcześniejszy tekst.

  • Ja tam pierwszy nie podjąłem się tego tematu.

  • Windziarz

    Dopiero teraz przeczytałem ten tekst. W komentarzach do Rozmów ZnadPlanszy odnoszę się w swoich komentarzach do sprzedawania gier, których oceny były bardzo wysokie. Jeżeli grze daję dobrą ocenę, zachwalam ją a następnie zaraz po ukazaniu się recenzji sprzedaję, to coś jest nie tak. A grę Metro dostałem/nabyłem do recenzji. Z Essen 2013 przywiozłem sporo gier, które były mi "sprzedane" do recenzji czyli zapłaciłem za nie cenę sporo niższą niż pudełkowa w zamian obiecując recenzję.

  • no spoko, moja uwaga nie miała być złośliwa. Jeżeli odebrałeś ją jako atak, to wybacz Nie to było moim celem.

    Ale skoro jednak na Gradaniu są podziękowania wydawnictwu Hobby World za grę, więc chyba nie rozumiem jakie te faktyczne koszty zdobycia są. Też parę gier dostałem do recenzji przy okazji bycia na konwent. No chyba, że pojechałeś na Essen specjalnie po odbiór tej gry, to przepraszam.

    Również wybacz, że nie pamiętam kto jak z waszej trójki oceniał tej gry, ale ogólne wasze wrażenia były pozytywne.

  • Windziarz

    Po pierwsze grę oceniliśmy na 3 razy 0. Tytuł niegrywalny dla mnie. Dwa "Oczywiście ironizuję, bo jak widać Windiarz, który popierał kolegów, że
    sprzedaż pozycji recenzenckich jest co najmniej nieetyczna, nie miał
    oporów, aby wystawić na forum Gry-Planszowe.pl grę Metro 2033 otrzymaną przez zagranicznego wydawcę.", to dość luźne interpretowanie moich słów, które brzmią "Sprzedawanie gier – mnie też to uderza i to mocno. Jest jeden człowiek,
    który pisze i kręci videorecenzje. Wszystko w jego recenzjach jest
    cacy, ekstra, oceny wysokie, gry takie dobre. Potem przychodzi
    MatHandel, wchodzi się na sprzedam na forum i wszystkie te cacuszka są
    albo na sprzedaż albo do wymiany." . Jak widać odnoszę się do nagminnej sytuacji, że gra w recenzji oceniana jest wysoko a później szybko ląduje na MH czy na allegro albo na forum. Chyba poczułeś się tymi słowami mocno dotknięty a nie wiem czemu. Pisałem to myśląc o konkretnej osobie, to fakt, ale nie o Tobie. Przeszkadza mi takie prezentowanie mojej osoby w obliczu słów, które pisałem. I czuje się tym urażony. Może przejrzyj mój wątek sprzedażowy i sprawdź czy faktycznie jest to nagminne działanie u mnie.
    Ironizowanie, że pojechałem na Essen specjalnie po grę Metro, jest niepotrzebne. Napisałem, że poniosłem faktyczne koszty zdobycia gry a Ty znów odebrałeś to do siebie. Nigdzie nie wspominam Twojej osoby, ani Twoich działań.

  • Kamil Traks

    Ja właśnie dosyć mocno buntuję się przeciw recenzentom, którzy słodzą grom, tylko (mam takie wrażenie) dlatego, bo dostali tę grę od wydawcy i jeżeli napiszą, że gra jest gówniana, to wydawca im więcej gier nie podeślą. Na swoim blogu nie boję się pisać co myślę o grach, bo (póki co) ich od nikogo nie dostaję. Pracuję nad tym, by to się zmieniło, jednak gram w otwarte karty z wydawcami – nie będzie przebacz. Jeżeli gra jest do dupy, to napiszę o tym, że jest do dupy. I nie będę szczędził słów.

    Co do sprzedawania gier recenzenckich. Nie ma w tym nic złego. Kompletnie, szczególnie wtedy, gdy gra jest słaba i nie mam zamiaru tego trzymać na półce. Od czasu do czasu można coś dać w konkurs – bo czemu nie. Jednak nie musi to być regułą.

    • Zauważ, że w przypadku World of Tanks, Zapraszamy do Podziemi, Baba Jaga, czy Dino Kontra Dino, które dostałem do recenzji nie miałem oporów by jechać po grze i powiedzieć, że to jest crap. Rzeczywiście sporo osób nie bardzo chce jechać po grze doszukując się jedynie pozytywnych aspektów. Czasem wymusza to sam wydawca (dwa razy widziałem zastrzeżenie, że recenzja ma być pozytywna). Strach, że wydawca więcej nie da jest zrozumiały, ale wydaje mi się, że wyrobiłem już sobie taką pozycję (tak, jestem egoistyczny i się wywyższam), że jeżeli jakieś wydawnictwo nie będzie chciało ze mną współpracować, to ja się tym nie przejmuję. Kupuję, gram i mam dostęp do sporej liczby gier, więc sobie poradzę. Poza tym staram się też pisać z własnego zbioru.

      Widać, że mamy podobny punkt widzenia, więc nawet nie wiem czemu taki długi komentarz napisałem ;).

      • Kamil Traks

        Ha! I to mi się podoba. W takim razie nie zmieniaj podejścia, ale o tym dobrze wiesz. Ja nie mam żadnej pozycji, ale mam w dupie to, czy wydawca mi gry nie wyśle. Jak nie, to trudno, najwyżej nie dostanie recenzji, bo kupuję tylko te gry, które uważam za warte kupna.