Skip to main content

Niedzielne przemyślenia – Traktat o złym recenzencie

Z powodu tego tekstu można mnie posądzić o to, że mam zapłon typowego szachisty. Nagranie, do którego będę się odwoływał powstało już parę miesięcy temu. Koledzy z Rozmów ZnadPlanszy w jednym ze swoich odcinków rozprawiali o recenzentach. Wśród wielu poruszonych aspektów chciałem odnieść się do sprzedaży gier po recenzji. W komentarzach padło wiele słów. Tak naprawdę można odnieść wrażenie, że recenzent sprzedający egzemplarze od wydawnictw, w szczególności gdy wystawił im dobrą ocenę, to zło tego świata.
Oczywiście ironizuję, bo jak widać Windiarz, który popierał kolegów, że sprzedaż pozycji recenzenckich jest co najmniej nieetyczna, nie miał oporów, aby wystawić na forum Gry-Planszowe.pl grę Metro 2033 otrzymaną od zagranicznego wydawcę. No, ale gra została sprzeda przed ukazaniem się recenzji, a nie po, więc może jest to jakieś usprawiedliwienie ;). Jednak celem moich dywagacji nie są kąśliwe uwagi w stronę kolegów blogerów. Pewno temat bym olał, gdyby nie fakt, że mój znajomy wczoraj na Nocy Planszówek zapytał się czy sprzedaję egzemplarze recenzenckie oraz dlaczego to robię. Właśnie z tego powodu postanowiłem po tak długim czasie napisać co o tym myślę.

Na początek zdementuję pewne plotki i obalę mity jakie krążą na temat blogerów. A przynajmniej jak to jest w moim przypadku. Nie dostaję żadnych pieniędzy od wydawnictwa, nie piszę też artykułów sponsorowanych (gdy takie będą, opatrzę odpowiednią adnotacją). Zapłatą za teksty i filmy jest to, że egzemplarz gry zostaje u mnie. Z czego co wiem, to w większości przypadków tak działa. Słyszałem, że niektóre serwisy płacą za tekst, a gra zostaje u naczelnego. Blogerzy, których znam osobiście mają grę za tekst. Ja rozumiem, że skoro gra jest moja, to mogę zrobić z nią co chcę, w tym sprzedać.

Tak, tak. Sprzedaję gry planszowe, które dostałem od wydawnictw. Możecie pluć i rzucać kamieniami, skoro uważacie to za słuszne. Jednak osobiście uważam, że warto zastanowić się po co coś robię, a nie co robię.

Może też uzmysłowię niektórych jak wygląda praca recenzenta. Oczywiście znów w moim przypadku. Dostaję grę, mam 30 dni na napisanie recenzji. 30 dni, w których muszę zagrać daną grę 5-6 (minimalnie) razy i napisać tekst. Dodatkowo nagrywam unboxingi i piszę do nich odpowiedni komentarz na temat oprawy graficznej, wyglądu, a także jakości wydania. Czasem się pojawi pierwsza krew, czyli opinia o danym tytule po pierwszej partii. Należy ograć daną grę bardzo dokładnie, aby moja recenzja nie opierała się na domysłach, lecz moich doświadczeniach. No i na końcu sklecić tekst. Nie da się przeliczyć tego czasu na złotówki (przynajmniej w moim mniemaniu), więc czasem dobrze jest dostać grę planszową jako wynagrodzenie. Błędem jest myślenie, że to jest fandom i robią to fani dla fanów. Nie mam innego zysku z bloga niż sprzedana planszówka, nieważne czy to był egzemplarz prywatny czy recenzencki.

Dlaczego sprzedaję? Gra jest oceniona niezależnie. Sam tytuł może być poprawny i bardzo fajny. Może mi się nawet spodobać. Jednak może się okazać, że moim znajomym już nie bardzo. Albo nie mam z kim w nią grać. Albo tego typu gier w mojej kolekcji jest dużo lub okazuję się, że po jakimś czasie mi się znudziły, czy też nie mam ochoty w nie grać. Uważam, aby lepiej trafiła ona do nowego właściciela. Owszem, mogę zrobić konkurs lub oddać komuś. Możecie nazwać mnie egoistą, ale po godzinach spędzonych nad recenzją jakoś mi się nie uśmiecha oddać ją za darmo.

A jak to się ma do tego, co wspomniałem wcześniej? Już tłumaczę. Pieniądze ze sprzedaży nie idą w niebyt. Nie kupiłem za nie nowego samochodu czy wycieczki do Turcji. A na co je przeznaczyłem? Na bilety do Gliwic, Warszawy, czy Poznania. Tak, dzięki nim dostałem się na PortalKon, zjAvę czy Pyrkon. Na nowy aparat, przynajmniej częściowo, a to pozwoliło mi rozwinąć nieco formy filmowe. Jedna planszówka poszła jako zapłata za layout strony. Część gier trafiła na MatHandel lub inny rodzaj wymiany. Niektóre nowe tytuły, w szczególności te na Pyrkonie, zostały zakupione dzięki pieniądzom z sprzedanych gier. Ogólnie: na rozwój bloga.

Wybaczcie wszyscy ci, co sądzicie, że sprzedawanie gier będących egzemplarzem recenzenckim jest złem. Nie rozumiem was. Dlaczego potępiacie osobę, która sprzedaje swój owoc pracy? Już nieważne na co ona wydaje te pieniądze. W takim układzie autor gry planszowej za swój tytuł powinien też dostać całkowicie nic (nie wiem czy dostają, ale chyba tak, skoro część zajmuje się wyłącznie tym). Bo to nieetyczne, że chce sprzedać swoją grę planszową. Być może kiedyś usłyszę dobry argument, by zaprzestać takiego działania, ale na dzień dzisiejszy nie ma żadnych przesłanek, by uznać pozbywanie się swoich gier recenzenckich za złą czynność.

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.