Skip to main content

Pierwsza krew – Deadwood

Na Pyrkonie było wiele okazji, by kupić za kilkanaście złotych mniej jakiejś ciekawe gry planszowe. Jednak Galakta miała dwie interesujące okazje: Deadwood oraz Rune age za 40zł. Z kolegą skorzystaliśmy z okazji i kupiłem Rune age’a, a on Deadwooda. I zgadnijcie, co? Tak, zagraliśmy, więc piszę Pierwszą Krew.

Pierwsza nasza rozgrywka odbyła się w piątkę. Jest to gra osadzona w klimacie Dzikiego Zachodu, więc mnie to mocno ucieszyło. Każdy z nas na początku ma trójkę kowbojów, których może rozdysponować. Są trzy budynki podstawowe: kościół, biuro szeryfa i ratusz. Wchodząc do kościoła pozbywamy się jednego listu gończego (wyspowiadaliśmy się), poza tym jest to jedyne miejsce, w którym nie dochodzi do strzelaniny (o tym za chwilę). Po zajęciu Biura Szeryfa, gracz który to zrobił umieszcza znacznik szeryfa tak, aby zajmowało trzy budynki. Wtedy płaci się dolara osobie kontrolującej szeryfa za wejście do jednego z budynków chronionych przez wspomniany znacznik. Wchodząc do ratusza odrzucamy jeden z listów gończych, bierze i układa jeden z żetonów torów na planszy narysowaną siecią kolei (jeżeli tory przechodzą przez budynek, to wtedy jest burzony) oraz stawia po jednym z budynku z każdego stosu. W swojej turze decydujemy się czy nasi kowboje idą na miasto, czy wracają na ranczo (do ręki gracza). Na ranczo może wrócić dowolna liczba naszych pomocników zarówno z miasta jak i z Opuszczonej Kopalni.
Nie będę się rozwodził zbytnio nad innymi budynkami, powiem krótko, że dzięki nim możemy uzyskać pieniądze, listy gończe, zwiększyć pulę kowbojów, dostać dodatkowe naboje i inne ciekawe bonusy. Za to opiszę walkę. Wchodząc do zajętego już budynku odbywa się strzelanina. Gracze deklarują czy chcą użyć nabojów, zwiększając o jeden siłę bohatera. Każdy kowboj ma jakąś siłę, sprawdza się który (wraz ewentualnymi modyfikatorami) ma większą siłę, wtedy osoba kontrolująca takiego pomocnika bierze kostki równe liczbie różnicy sił. 6 na kostce to automatyczna śmierć przeciwnika, 4 lub 5 to jedna rana (dwie rany powodują śmierć). Jeżeli atakujący nie zranił, ani nie zabił przeciwnika, obydwoje rzucają liczbą kostek równą sile kowbojów. Wyniki są takie same (może się okazać, że gracze ranią się lub zabijają wzajemnie). Każdy martwy kowboj trafia na Wzgórze Umarłych, zaś ranny na Opuszczoną Kopalnię. Jeżeli jedna osoba zabiła przeciwnika, a on sam przeżył, to za morderstwo należy mu się list gończy.
 
Gra może się zakończyć na jeden z trzech sposobów. Wygrywa osoba mająca najwięcej pieniędzy, każdy list gończy daje jeszcze karę do posiadanej kwoty.
 
Deadwood to nic więcej jak prosty worker placement z możliwością wbicia się na pole przeciwnika poprzez strzelaninę. Przyjemna gierka w klimatach Dzikiego Zachodu. Ano właśnie, ten Dziki Zachód według mnie został ujęty w ciekawy sposób. Mamy strzelaniny, mamy walkę o wpływy, mamy szeryfa, mamy budowę kolei. A czego mi tutaj brakowało? No, tego, co miał Bang!, czyli ataku Indian. Deadwood to przecież miasto w Dakocie, które zostało bezprawnie zbudowane na terenie czerwonoskórych, więc mają prawo się wkurzyć. Element losowości jest niezbyt duży, praktycznie to tylko nasze strzelaniny. Najbardziej podoba mi się możliwość stawiania torów na budynkach, które mają pod spodem linię kolejowa. Oznacza to, że budynek zostanie zburzony, a osoba aktualnie tam znajdująca idzie na Opuszczoną Kopalnie. Bardzo mocno można zdenerwować przeciwnika. Obawiam się nieco o regrywalność. Myślę, że po paru partiach znając dobrze grę można stworzyć strategię wygrywająca. Nie wiem na ile moja teza się sprawdzi, myślę, że bym musiał po prostu więcej przetestować tę grę.
Mój werdykt: 4 – Z chęcią spróbuje jeszcze raz

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.