Skip to main content

Potwory w Tokio – Gdy Godzilla spotyka King Konga

Rozgniewany tłum jest potworem o stu głowach.
Horacy
Pamiętam, że będąc dzieckiem oglądałem filmy z Godzillą na kasetach VHS. Teraz te produkcje są przestarzałe i z perspektywy czasu wydają się bardziej komiczne niż fascynujące. Jednak jak ktoś chce przenieść się w klimat z tamtych lat lub zainteresować nim znajomych,  to powinien zapoznać się z Potworami w Tokio, czyli polską wersją King of Tokyo, która pojawiła się na polskim rynku dzięki wydawnictwu Egmont.
Jak potwór wygląda każdy widzi
Świat to potwór zębaty, gotów gryźć, gdy tylko zechce.
Stephen King, Pokochała Toma Gordona
W tym tytule wcielamy się jednego z potworów, który konkuruje z innymi monstrami o władzę nad Tokio demolując wspomniane miasto.
Po okładce widać, że Potwory sieją totalne zniszczenie. Ilustracja z pudełka przypomina plakat jakiegoś filmu z Godzillą czy podobnej produkcji filmowej. Kolorowa grafika przyciągnie dzieci, a jest ona również tak zbalansowana, że nie jest cukierkowata dla dorosłych. Czytałem na “pewnym forum” o kiepskiej jakości polskiej edycji… I chyba dostałem inny egzemplarz. Rzeźbione kości, bardzo ładnie wypełnione farbą, grube plansze potworów oraz Tokio, bardzo ładne figurki stworów i podstawki, które nie wbijają się w tekturę. Wypraska jest tak zaprojektowana, żeby pomieściła wszystkie elementy (w tym zakoszulkowane karty). Żadnego rozwarstwiana się, żadnej brzydoty, wszystko w jak najlepszym porządku. Jedyne zastrzeżenia można stawiać kartom, które są nieco za cienkie. Jednak one praktycznie cały czas leżą na stole (nie licząc momentu dokładania ich do banku lub przenoszenia z banku do naszej puli). Jeżeli kogoś nie zadowala ten argument, to musi te karty zakoszulkować. Oprawa graficzna również stoi na wysokim poziomie. Bardzo ładne rysunki, z tego spora część w komicznym tonie w połączeniu z klimatem filmów o potworach.
Potwór w Wielkim Mieście
Jeżeli potwór nie napawa cię przerażeniem, przestaje być potworem.
Jonathan Carroll, Szklana Zupa

 

Niezbyt długa instrukcja (dosłownie 2 strony + opis kart) wyjaśnia bardzo dobrze zasady tej prostej gry. W pierwszej kolejności wystawiamy planszę na środek, przetasowujemy karty i wystawiamy trzy wierzchnie, które stanowią bank. Gracze wybierają potwora, więc otrzymują odpowiednią figurkę i planszę. Na swojej planszy zaznaczamy 0 punktów zwycięstwa i 10 żywotności. Osoba, która wyda najbardziej przerażający ryk, zostaje pierwszym graczem (gdy uczestnicy zabawy się wstydzą ryczeć, można wybrać najmłodszego). Przystępujemy do rozgrywki.

 

W swojej turze rzucamy sześcioma czarnymi kośćmi (zielone są dodatkowe). Następnie możemy dowolnie wykonać dwa przerzuty. Na kościach są symbole, których działanie należy rozpatrzyć. Owe znaki mają następujące znaczenie:
  • Liczba od 1 do 3. Jest to wartość punktowa. Za każde trzy kości z tą samą cyfrą dostajemy odpowiednią liczbę punktów. Jeżeli mamy więcej niż 3 kości, to za każdą dodatkową otrzymujemy jeden punkt.
  • Atak (łapa). Jeżeli nie ma nikogo w Tokio, to nie zależnie od liczby wyrzuconych symboli, wchodzimy do centrum. Jeżeli jesteśmy w mieście atakujemy wszystkie potwory poza nim. Gdy jesteśmy poza Tokio, a jest ktoś w mieście, to atakujemy jego.
  • Energia (piorun). Otrzymujemy znaczniki energii równej liczbie wyrzuconych symboli.
  • Uzdrowienie (serce). Za każdy symbol leczy się jedno obrażenie.

Po rozpatrzeniu działań z kości można za energię kupić kartę z banku. Jej koszt jest podany w rogu. Jak wspomniałem karta modyfikuje lub dodaje zasady oraz bonusy.

 

Wspomniałem o Tokio. To miejsce na planszy. Za wejście do miasta otrzymuje się punkt zwycięstwa. Jeżeli przeżyliśmy jeden “obrót” (od końca naszej tury do początku następnej naszej tury), otrzymujemy dwa punkty. W Tokio ogarnia nas szał niszczenia, więc nie możemy się leczyć. Jednak po przyjęciu obrażeń decydujemy się czy chcemy zostać w mieście. Po opuszczeniu metropolii zastępuje naszą figurkę potwór, który atakował. Zabawa trwa tak długo, aż ktoś wyeliminuje przeciwników lub zdobędzie 20 punktów.

 

W 5 i 6 osób można (a nawet trzeba) zagrać z dodatkowym miejscem na planszy, czyli z Zatoką. Gracz w Zatoce jest traktowany jakby był Tokio, czyli bije tylko Potwory spoza miasta. Osoba wchodząca do Zatoki zadaje obrażenia potworowi w centrum. Gdy jest mniej niż 5 graczy (zostali zlikwidowani), to Zatoka jest wyłączona z gry.

Szał niszczenia
Było oczywiste (już od mojej młodości), że urodziłem się, aby żyć między potworami.
Henri Michaux

 

Wykonanie genialne, zasady proste. Zatem wiedziałem, że ten tytuł mnie zachwyci. Negatywna interakcja przypieczętowała ten fakt. Nie wierzyłem, że tak prosta mechanika może zafascynować. Tutaj termin “bicie lidera” pasuje idealnie, bowiem każdy bije potwora w Tokio, ten zadaje mniej obrażeń, ale za to wszystkim. Nie można za bardzo kozaczyć, bo gdy wyjdziemy z Tokio z małą liczbą życia, na pewno gracze nie przepuszczą okazji, by nas wpuścić na nowo. Możliwości wykorzystania negatywnej interakcji są spore…

 

Gra ma nieco problem ze skalowalnością, a konkretniej z rozgrywką na dwie osoby, która jest mało emocjonująca. W moim odczuciu dolny limit graczy to 3. Dla dwóch bycie w Tokio jest bardzo opłacalne, skoro bije się jedną osobę i dostaje się obrażenia z taką samą siłą. Wtedy jest spora szansa, aby wygrać na punkty. Od trzech się nieco więcej dzieje i jest zabawa ;) W rozgrywce dla co najmniej pięciu jest dostępne dodatkowe miejsce w mieście, dlatego zmienia się trochę strategia (momentami ciężko przetrwać “kółko” w Tokio), ale nadal jest dużo zabawy (według niektórych graczy jeszcze więcej). Nie ma co ukrywać, to gra imprezowa, a te rzadko kiedy działają dla dwóch. Jednak przy większej liczbie osób osoba, która została wyeliminowana z rozgrywki musi biernie patrzeć jak się ona skończy.

Ktoś podczas czytania opisu mechaniki mógł pomyśleć o losowości. Sześć kości, 6 symboli, a dodatkowo karty zmieniające sposób punktowania lub atakowania innych graczy. Prawdą jest, że dość dużo tej losowości występuje, jednak możliwość dwukrotnego przerzutu zostawia otwartą furtkę. Poza tym nigdy nie ma sytuacji, w której nic nie da się zrobić. No, może poza wyjątkowymi sytuacjami, gdzie ktoś “poluje” na jakiś symbol i nie może go wyrzucić. Takich desperatów jest mało, każdy najczęściej chce niszczyć i niszczyć. Jednak niektórzy moi znajomi grają defensywnie (a co to za potwór?) i zbierają punkty. Wygrana na punkty w rozgrywkach testowych zdarzała się bardzo rzadko, ale w końcu potwory szaleją, więc jest to zrozumiałe.

No i po Tokio…

Prawdziwy świat jest tam, gdzie są potwory. Dopiero tam przekonujesz się, ile jesteś wart.
Rick Riordan, Złodziej pioruna

Moi znajomi oszaleli na punkcie tej gry. Ja również. Zawsze po partii ktoś woła “Jeszcze raz! Jeszcze raz!”, no po piątej partii z rzędu nie zawsze. Ale przeważnie graliśmy 3-4 gry jedna za drugą. Gdybym miał na nowo układać listę prezentów świątecznych, to Potwory w Tokio znalazłyby tam swoje miejsce.

 

Plusy:
  • bardzo ładne wykonanie
  • proste zasady i niedługi czas rozgrywki
  • emocjonująca gra
  • bardzo dobra imprezówka lub filler
  • ładnie zaprojektowana wypraska

Minusy:

  • gra słabo nadaje się dla dwóch
  • wyeliminowany gracz może się nudzić
Ocena: 9/10
Dziękuję wydawnictwu Egmont za przekazanie egzemplarza
http://www.krainaplanszowek.pl/
Informacje o grze

 

Tytuł: Potwory w Tokio
Tytuł oryginalny: King of Tokyo
Projektant: Richard Garfield
Oprawa graficzna: Benjamin Raynal
Wydawca: Egmont Polska
Wydawca pierwotny: Iello
Rok wydania (w Polsce): 2013
Rok wydania (oryginalny): 2011
Rozmiar kart: Standard CCG (63,5x88mm)
Liczba graczy: 2 – 6
Wiek graczy: 8 – 108
Czas rozgrywki: ok. 30

PowerMilk

Swoją przygodę z planszówkami zacząłem od Jungle Speed, Spadamy! i podobnych gier każualowych. Im więcej zagłębiałem się w gry planszowe, tym bardziej byłem nimi zainteresowany. Poza tym lubię musicale (ale ciężka muzyka rockowa też mi nie obca), seriale i filmy.